Gadu gadu
Siedzę sobie, popijam półsłodki, półmusujący Polski Cydr Rumiany. Marcin usypia starszą córkę, młodsza leży sobie w łóżeczku i kontempluje lampki. Kot siedzi na parapecie i kręci głową zgodnie z torem lotu szalejących za oknem nietoperzy. Słucham sobie jubileuszowego wydania Listy Przebojów mojej ukochanej Trójeczki, cieszę się że Piotr Baron wrócił. Czekam do północy, żeby przekonać się, czy i tym razem Ofczuś odnotuje swą obecność W Strefie rokendrola wolnej od angola.
Trzy godziny później – młodsza zbyt długo nie kontemplowała lampek, więc – cydr ciepły i odgazowany, oczy się kleją, piersi wyssane. Może uda mi się jednak sklecić kilka zdań.
Kolejny post w „dzieciowych” klimatach się zapowiada. Kto więc kupek i zupek nie trawi, proszony jest o nietracenie swego czasu, no chyba że chce zaryzykować, bo mój myślotok i słowotok skręcają czasem w przedziwnych kierunkach, dalekich od zamierzonego.
Zacznijmy od tego, że szanowna córka Florencja coraz sprawniej posługuje się ludzką mową, sprawiając nam tym kupę radości i czasem wprowadzając w niemałe osłupienie. Otóż dnia pewnego wybierałam się z obiema dziewczynami na spacer. No i tak – ja już ubrana, Jaśminka też, Florce brakuje tylko butów. Śmiga mi dziewczę po mieszkaniu oczekując, że będę ją gonić. A mi pot ciurkiem po tyłku spływa, zdenerwowana Jaśmina drze się w wózku, z coraz mniejszą cierpliwością każę Florce przyjść i założyć buty. Córka wreszcie staje naprzeciwko mnie, patrzy mi w oczy i wielkimi literami mówi – NIE KŁÓĆ SIĘ! Przestałam się kłócić i z podwiniętym ogonkiem grzecznie pozbierałam szczękę z podłogi.
Skoro jestem po wypiciu szklanki ciepłego cydru, jedno zdarzenie jabłkowe mi się przypomniało. Leżę w sypialni i siłuję uśpić Jaśminkę, obok mnie walają się wysypane z wiaderka pisaki. Marcin przygotowuje obiad, a Florka jak to zwykle przy usypianiu młodszej bywa, ma do mnie masę spraw. Wreszcie Marcin zabiera Florke do kuchni i zamyka drzwi od sypialni. Nagle słyszę jak na coraz wyższych tonach Florka dopomina się od przygotowującego surówkę Marcina – jbłuko, jaaabłuuuko!!! Potem biegnie pod drzwi sypialni i histerycznie to „jabłuuukooo” wykrzykuje. Marcin ją do kuchni (ku jej wściekłości) zabiera. Wychodzę z sypialni i co widzę? Bezradny mąż stoi z jabłkiem i nożem w ręce, a córeczka zapłakana i zasmarkana, z wściekłością miażdży w łapkach dany jej przez ojca kawałek owocu. Po ochłonięciu okazało się, że dziecko chciało z sypialni wiaderko, w którym trzyma pisaki i pomyliły jej się nazwy. Każdemu w końcu wiaderko z jabłukiem może się powalić.
No i wyjaśnienie do powyższego zdjęcia powinno się pojawić. Otóż Florka ogląda bajki z całym stadem maskotek, które siedzą grzecznie w rządku na kanapie. Jak przyniosła ze spaceru muszelkę po ślimaku winniczku, to ten ślimakowy pustostan też oglądał z nią bajki. Nie ominęło to również dziecięcej stolnicy, wałka, tłuczka, kuli do ucierania i drewnianego koziołka, które dostała od babci. Każdy nowy skarb, który znajdzie lub dostanie, musi się z Florkowymi bajkami zapoznać 🙂
No a co u mnie? U mnie zajob. Zobaczyłam, a raczej Marcin zobaczył w sklepie nową Elle i pytał czy kupić. A ja gapiąc się bezmyślnie na okładkę uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem jak wygląda ta z poprzedniego numeru (numeru, który czeka na mnie na domowym regale).
Poza tym mąż dosadził kolejne 150 drzew na działce, a ja mam wątpliwości, czy poza drzewami coś jeszcze tam kiedyś stanie. Niesiona na fali zmęczenia postanowiłam odreagować i wydałam przed chwilą 700 zł na trampki. Ciekawa jestem co zrobi Marcin jak się zorientuje. Bo wykorzystałam to, że się wcześniej położył i zapłaciłam za buty z jego konta firmowego, to jeszcze bez pytania i jemu trampki zamówiłam. Jeśli długo nie będę się odzywała, to znaczy, że mnie mąż ukatrupił.