Mieliśmy wczoraj okazję do świętowania, bo mój Mąż obchodził 30. urodziny. I gdzieś tak pomiędzy dentystą, wymianą klimatyzacji, rzeczoznawcą, szkoleniem, moją pacjentką udało nam się ten dzień uczcić kurczakiem curry z karotką w śmietanie, truskawkami, malinami i tortem bezowo-orzechowo-czekoladowym (moim pierwszym własnoręcznym tortem w życiu!!!).
A poza tym dopadła nas powyjazdowa codzienność i niezbyt wesołe informacje. Od połowy miesiąca zespół mojego M zmieniają na 2-osobowy. Nie bardzo sobie wyobrażam te dyżury, gdzie na dobie mają około 17 wyjazdów, a do tego kierowcy, którzy pokończyli szkoły policealne i są teraz również ratownikami, w większości są zupełnie zieleni. No bo po co chodzić z zespołem na wizyty i przyuczać się do tego co się będzie niebawem wykonywać, skoro można w tym czasie odpalić się przy karetce? Najgorzej zostali potraktowani chłopacy, którzy do tej pory jeździli na stanowisku drugiego ratownika. Większości z nich z dnia na dzień zabrano wszystkie dyżury, które mieli rozplanowane w drugiej połowie miesiąca.
No i muszę przyznać się szczególnie Ance K-D, że nie dojechaliśmy w poniedziałek do Gdyni. Nie dojechaliśmy bo wpadło nam zlecenie z kategorii „na wczoraj”. Z jednej strony szkoda żaglowców, a z drugiej cieszyliśmy się, że jest okazja na niespodziewany przypływ gotówki (no raczej przypływ gotóweczki, ale zawsze do przodu).
Na osłodę dodam, że od Smoczycy i Smoczątka płyną dobre wieści, więc życie toczy się swoim słodko-gorzkim rytmem.