No to dzisiaj pierwszy „pracowy” dzień nowego roku. Jak Wam dziś poszło? Nam jak zwykle – pod górkę. Bardzo uprzejmie proszę, żeby wszyscy trzymali się od nas z daleka, bo może to by zaraźliwe słownie, blogowo lub kropelkowo. Na dobry początek M miał przyjemność udać się jako świadek do sądu pracy, następnie pewien pan dyrektor postanowił zafundować nam bezsensowną wycieczkę za miasto, a na koniec dorzuciłam do sosu obiadowego podsmażoną szyneczkę wątpliwej świeżości. No i bym nie marudziła, ale znacie to powiedzonko, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień? I gdyby to był tylko poniedziałek… A to jest na dodatek pierwszy pracujący dzień miesiąca i to stycznia! Czy to znaczy, że cały 2012 rok taki będziemy mieć? Jeśli tak, oświadczam uroczyście, że z własnej dupy się zastrzelę.
Korzystając z bezsensownej wyprawy za miasto pojechaliśmy zobaczyc co nad Zalewem Koronowskim słychac. A słychać głównie ciszę, stukanie dzięcioła i miauczenie kota, do tego szum wody i wiatru. Czy tak powinna wyglądać plaża w styczniu?
I o mały włos z tych cholernych Pieczysk z poniższym nabytkiem byśmy wrócili. Ciekawe co Tide na to by powiedział?
Łażąc nad wodą usłyszeliśmy miauczenie, na które postanowiłam odmiauczec, bo ja koci język znam. No i przybiegło toto, zaczęło się łasic, mruczeć, ocierać, na tylne łapki wspinać i krok w krok za nami. Doszliśmy całą trójką do samochodu, kicia w oczy zagląda i kontynuuje zaloty. Ja patrzę na M i pytam co teraz zrobimy. A on najspokojniej – no jak to, jedzie z nami. Kopara mi opadła, bo to ja mam miękkie serce (a co za tym idzie twardą dupę), a on zwykle do tych rozważnych i odpowiedzialnych był zaliczany. Wsiedliśmy do auta i mówię do niej, że los zadecyduje, ja liczę do 10, jak wsiądzie jedzie z nami. No i doliczyłam, ale do 6 i kota najspokojniej wpakowała mi się na kolana i podjęła próbę umoszczenia się na mej klatce piersiowej. Patrzę na M i pytam rozbita – a może ona jest jednak czyjaś, bo zbyt do ludzi się pcha i sierść za ładna jak na typowego kota „zewnętrznego”. M poszedł do ośrodka przy którym zaparkowaliśmy zapytać, no i okazało się, że owszem, kot jest wszystkich – ogólnopieczyskowy. Skończyło się na tym, że kicia wysiadła, bo coś ja na zewnątrz zainteresowało, a my pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka kupić jej papu i mokre i suche. Zawsze miałam moją ciotkę Alicję za troszkę przeginającą względem bezpańskich (a czasem i pańskich) psów. Ciocia ta wozi w bagażniku karmę i parówki którymi dokarmia biednie wyglądające psiaki. Latem nawet wyposażona jest w butle z wodą, bo poi wiejskie psy uwiązane do łańcucha (przysięgam, byłam tego nieraz świadkiem. Pakuje się ludziom na podwórka i wlewa psom wodę do misek). No, a teraz sami jesteśmy wyposażeni w kocie papu w bagażniku. Widzisz Mamo, to twoja sprawka, było trzeba nie dawać mi na imię Alicja 🙂
