berberys

Bezsenność w Bydgoszczy

Nie śpię za wiele od mniej więcej 3 tygodni. Nie śpię pomimo szczerych zamiarów spania, nie padam na twarz pomimo niedospania. Wybudzam się około 3 w nocy i dalej ani rusz. Przewracam się z boku na bok, robię rundki po mieszkaniu, od śpiącego męża do śpiącego dziecka, od dziecka do męża. Przystaję niezdecydowanie przy ekspresie do kawy (bo czy już wypada wstawić kawę?). Koszmarrrrr. Z jednej strony niemoc zaśnięcia, z drugiej brak formy żeby zrobić coś sensownego i na tyle cichego, by reszcie nie przeszkadzać. Tak, doby ostatnio mam bardzo długie.

Poza tym mam dosyć bycia w ciąży, chciałabym żeby był już 37. tydzień, a jeszcze bardziej chciałabym być już po porodzie. Układać sobie nową rzeczywistość, nauczyć się innego funkcjonowania rodzinnego i firmowego, wyruszyć samotnie na biegowy szlak. No i zoperować żyły. Niefajnie tak czekać na 34. urodziny, a prawą nogę mieć jak spracowana 70-latka. Dwie ciąże w trzy lata (plus oczywiście skłonności do żylaków) zrobiły swoje. Dzisiaj przysłali mi pończochy uciskowe, normalnie sam seks mówię Wam. Całe moje poczucie kobiecości gdzieś uleciało, czuję się jak bezkształtne i bezbarwne coś. Rezygnuję z dalszej prokreacyjnej kariery.

Zaczytałam i zakochałam się w książkach Gai Grzegorzewskiej. Zaczęłam wszystko od dupy strony, bo od książki najnowszej „Betonowy pałac”, następnie połknęłam pierwszą Jej książkę „Żniwiarz” i drugą „Noc z czwartku na niedzielę”. „Topielica” i „Grób” zapadły się pod ziemię, nigdzie ich nie można kupić. Czuję się jakby ktoś mi zdekompletował uzębienie wybijając górną trójkę i czwórkę.

Na półce czeka jeszcze na mnie najnowsza książka V. Severskiego, ale nie ruszę jej jeszcze przez tydzień bo… Bo czeka mnie picie 75 g rozpuszczonej glukozy i 2-godzinne wegetowanie w punkcie pobrań, a biedną panią pielęgniarkę czeka strużka potu spływająca po tyłku podczas prób zakłucia się w moje bezżylne, arystokratyczne przedramiona. Właśnie te ciążowe atrakcje pragnę sobie „Nieśmiertelnymi” Severskiego umilić.

Ameba

migawki październik

Migawki – październik 2014

migawki październik

1 – Mała rzecz, a cieszy. Kupiona z powodu „jej, jakie słodkie pudełeczko”; 2 – Jestem posiadaczką telefonu z obiektywem, czuję się mniej więcej tak, jakbym nosiła rewolwer za podwiązką; 3 – Mokre dmuchawce są niezdmuchiwalne; 4 – Ja jestem w ciąży, ale to mój mąż o godzinie 22:30 potrafi pokłusować po kraba w tempurze (ja dostałam wodorosty i krewetki); 5 – Pełne zgranie kolorystyczne pomiędzy mną i córką; 6 – Pszczółka Maja stała się niemal członkiem naszej rodziny; 7 – Woda różana z powodu planowanego marcepanu, woda z kwiatu pomarańczy i miód pomarańczowy z powodu ciągot śródziemnomorskich, mahleb i forma do ciasteczek mamoul z ciekawości, mini tareczka – bo urocza; 8 – przypomniałam sobie jak fajnie iść do kina z mężem (dobrze jest wiedzieć, o czym trzeba będzie znów zapomnieć); 9 – Halloween (lampion zrobiony, cukierki kupione, ale ani jednego „straszyciela” z propozycją – cukierek albo psikus nie było).

Ameba

jesień

Uciekający październik

Uciekający październik

Październik gdzieś mi uciekł. Zwiał drań, a ja nawet nie zauważyłam, że kurz po nim zaczyna opadać.

Trochę namieszało w tym miesiącu choróbsko. Przeziębiliśmy się przeokropnie. Sama nie wiem, jakim cudem udało mi się nie wykaszleć dziecka. Bardzo się cieszę, że Florce udało się pokonać zarazę bez żadnych leków. Jest też plus całego zdrowotnego zamieszania. Otóż wreszcie znaleźliśmy sensownego pediatrę w Bydgoszczy. Poszukiwania trwały od sierpnia. Przynajmniej tym razem miałam dobry pretekst ściągnięcia lekarza do domu. Badanie wyglądało jak należy, komunikacja również w moim ulubionym stylu – krótko, zwięźle i na temat, do tego lekarz reprezentował wspólne z naszymi poglądy na temat szczepień, antybiotyków, podejścia do wszelakich norm w pediatrii. No, nareszcie ktoś, z kim mówimy tym samym językiem. Czuję się bezpieczniej mając lekarza pod telefonem.

Pozostając w macierzyńskich klimatach, dodam że i w tym roku Florka wybrała sobie październik na zaskakiwanie rodziców. Otóż nasze dziecko przestało sypiać w dzień. Zrobiło to oczywiście z dnia na dzień i muszę przyznać że jest bardzo konsekwentne w swym postanowieniu. Oczywiście najpierw było mi źle, bo tak fajnie jest się przytulić do córki w ciągu dnia, powdychać zapach śpiącego dziecka, poleniuchować sobie obok. Potem jednak stwierdziłam, że pomimo wytężonego dnia i marudzenia córki w godzinach popołudniowych, to rozstanie z drzemką ma masę plusów. Po pierwsze lepiej zasypia wieczorem, po drugie ułatwia to nasze pozadomowe życie, a po trzecie od lutego nie będę rozdarta pomiędzy usypianiem dwójki dzieci.

Na froncie ciążowym wszystko w porządku. Weszłam sobie w trzeci trymestr, więc zegar odmierzający czas do porodu robi coraz głośniejsze tik tak, tik tak, tik tak. Rany, jak bardzo chciałabym być już po. Pomalutku rozglądam się po sklepach i zawieszam oko na ciuszkach w rozmiarze 50 cm. W ogóle ogarnął mnie jakiś ciuchoszał, październik był miesiącem odświeżania Florkowej garderoby. Na odświeżenie własnej garderoby będę miała chyba dopiero chęć w lutym. Na razie ryłam sobie w internecie w poszukiwaniu nagrody, motywacji i odstraszacza porodowego. Wiadomo, kobieta przekupną jest, więc może zamiast bać się tego fizjologicznego procesu, ja nie będę mogła się doczekać, byle wreszcie dostać to wybrane coś. Owo coś miało początkowo postać butów ze słynnymi czerwonymi podeszwami. No bo wiosna jest idealnym czasem dla nowych szpilek. A potem zaczęłam się zastanawiać, gdzie też ja w tych louboutinach mam zamiar się bujać? Pchać wózek po bydgoskich chodnikach? Ścigać starsze dziecko po Myślęcinku? Wykorzystam je jeżdżąc na spożywcze zakupy do Piotra i Pawła? I stwierdziłam, że czas na louboutiny przyjdzie, jak powrócę do intensywniejszego życia zawodowego poza domem. A tymczasem zachcę sobie nartorolki. Tak więc terenowe nartorolki mają być moją nagrodą za porodowe spustoszenie w okolicy krocza, no i zaraz mi lepiej :)

Jak wiadomo jestem dość emocjonalną osobą i gorące uczucia łatwo we mnie rozniecić. Zapałałam więc miłością do paczkomatów InPost. Mam po dziurki w nosie bezczelnych kurierów, którzy przestali uprzedzać telefonicznie o swoich wizytach. Kiedyś miałam na to patent płacąc za paczki przy odbiorze, powiadomienie telefoniczne było wtedy zawsze, bo kurierom zależało i na napiwkach i na rozliczeniu się w firmie. A teraz pomimo pobrania mają wszystko w nosie. Więc nie dość, że płacę za przesyłkę, to mam jeszcze siedzieć na tyłku w domu  przez kilka godzin, żeby wbić się w to kilkadziesiąt sekund potrzebnych na odebranie paczki. W tyłku mam taki interes.

Aaaaa i w kinie byliśmy po raz pierwszy. Uściślając – ja i Marcin byliśmy w kinie po raz pierwszy od narodzin Florki (długo czekaliśmy prawda?). No i wczoraj zabraliśmy Florkę na Pszczółkę Maję. Dziecko wytrzymało kawałek koszmarnie głośnych reklam, następnie poszło się przejść wraz ze swym ojcem i powróciło na część docelową. Na bajce zjadło kanapkę, kilka ciasteczek, popatrzyło wielkimi oczami na równie wielką Maję na ekranie i po kwadransie postanowiło wyjść :) Pierwsze wspólne kino i tak uważam za zaliczone.

A powracając do Pszczółki Mai, to Florkę ogarnęła istna pszczółkomania. Dziecko posiada 6 płyt z przygodami tego pasiastego stwora, które są w codziennym użyciu. Do tego dochodzą porozklejane po domu naklejki i kilka wymęczonych kolorowanek. Tak jak odcinkowa Maja na płytach bardzo mi się podoba. Nie dość, że piękna animacja, to bajka jest jeszcze spokojna, pięknie tłumaczy świat przyrody. Natomiast wersja kinowa to istny koszmarek. Maja będąca pozytywnym bohaterem zachowuje się jak rozpaskudzony gówniarz i pierwsze na co miałabym ochotę to trzasnąć ją zdrowo packą na muchy. A po drugie czarny bajowy charakter straszy małe pszczółki, szarpie je za czułki i na dodatek nazywa się Pani Ministra. Co ja poradzę na to, że brzydzę się takimi przejawami feminizmu równie bardzo jak związkami zawodowymi? Jedno i drugie jest sztuczne, dęte i poza okresowym wywoływaniem medialnego szumu niezbyt pożyteczne. Jak kogoś mogą satysfakcjonować określenia: ministra, dyrektorka, prezeska? Ja 100 razy bardziej wolałabym być panią minister, panią dyrektor, panią prezes. A nazywanie premiera polskiego rządu premierową, to jakiś kolejny koszmarek. Premierowa to żona premiera do jasnej cholery. Wychodzi na to, że pani Ewa Kopacz jest swoją własną żoną.

Ameba

 

 

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...