jesień

Uciekający październik

Uciekający październik

Październik gdzieś mi uciekł. Zwiał drań, a ja nawet nie zauważyłam, że kurz po nim zaczyna opadać.

Trochę namieszało w tym miesiącu choróbsko. Przeziębiliśmy się przeokropnie. Sama nie wiem, jakim cudem udało mi się nie wykaszleć dziecka. Bardzo się cieszę, że Florce udało się pokonać zarazę bez żadnych leków. Jest też plus całego zdrowotnego zamieszania. Otóż wreszcie znaleźliśmy sensownego pediatrę w Bydgoszczy. Poszukiwania trwały od sierpnia. Przynajmniej tym razem miałam dobry pretekst ściągnięcia lekarza do domu. Badanie wyglądało jak należy, komunikacja również w moim ulubionym stylu – krótko, zwięźle i na temat, do tego lekarz reprezentował wspólne z naszymi poglądy na temat szczepień, antybiotyków, podejścia do wszelakich norm w pediatrii. No, nareszcie ktoś, z kim mówimy tym samym językiem. Czuję się bezpieczniej mając lekarza pod telefonem.

Pozostając w macierzyńskich klimatach, dodam że i w tym roku Florka wybrała sobie październik na zaskakiwanie rodziców. Otóż nasze dziecko przestało sypiać w dzień. Zrobiło to oczywiście z dnia na dzień i muszę przyznać że jest bardzo konsekwentne w swym postanowieniu. Oczywiście najpierw było mi źle, bo tak fajnie jest się przytulić do córki w ciągu dnia, powdychać zapach śpiącego dziecka, poleniuchować sobie obok. Potem jednak stwierdziłam, że pomimo wytężonego dnia i marudzenia córki w godzinach popołudniowych, to rozstanie z drzemką ma masę plusów. Po pierwsze lepiej zasypia wieczorem, po drugie ułatwia to nasze pozadomowe życie, a po trzecie od lutego nie będę rozdarta pomiędzy usypianiem dwójki dzieci.

Na froncie ciążowym wszystko w porządku. Weszłam sobie w trzeci trymestr, więc zegar odmierzający czas do porodu robi coraz głośniejsze tik tak, tik tak, tik tak. Rany, jak bardzo chciałabym być już po. Pomalutku rozglądam się po sklepach i zawieszam oko na ciuszkach w rozmiarze 50 cm. W ogóle ogarnął mnie jakiś ciuchoszał, październik był miesiącem odświeżania Florkowej garderoby. Na odświeżenie własnej garderoby będę miała chyba dopiero chęć w lutym. Na razie ryłam sobie w internecie w poszukiwaniu nagrody, motywacji i odstraszacza porodowego. Wiadomo, kobieta przekupną jest, więc może zamiast bać się tego fizjologicznego procesu, ja nie będę mogła się doczekać, byle wreszcie dostać to wybrane coś. Owo coś miało początkowo postać butów ze słynnymi czerwonymi podeszwami. No bo wiosna jest idealnym czasem dla nowych szpilek. A potem zaczęłam się zastanawiać, gdzie też ja w tych louboutinach mam zamiar się bujać? Pchać wózek po bydgoskich chodnikach? Ścigać starsze dziecko po Myślęcinku? Wykorzystam je jeżdżąc na spożywcze zakupy do Piotra i Pawła? I stwierdziłam, że czas na louboutiny przyjdzie, jak powrócę do intensywniejszego życia zawodowego poza domem. A tymczasem zachcę sobie nartorolki. Tak więc terenowe nartorolki mają być moją nagrodą za porodowe spustoszenie w okolicy krocza, no i zaraz mi lepiej :)

Jak wiadomo jestem dość emocjonalną osobą i gorące uczucia łatwo we mnie rozniecić. Zapałałam więc miłością do paczkomatów InPost. Mam po dziurki w nosie bezczelnych kurierów, którzy przestali uprzedzać telefonicznie o swoich wizytach. Kiedyś miałam na to patent płacąc za paczki przy odbiorze, powiadomienie telefoniczne było wtedy zawsze, bo kurierom zależało i na napiwkach i na rozliczeniu się w firmie. A teraz pomimo pobrania mają wszystko w nosie. Więc nie dość, że płacę za przesyłkę, to mam jeszcze siedzieć na tyłku w domu  przez kilka godzin, żeby wbić się w to kilkadziesiąt sekund potrzebnych na odebranie paczki. W tyłku mam taki interes.

Aaaaa i w kinie byliśmy po raz pierwszy. Uściślając – ja i Marcin byliśmy w kinie po raz pierwszy od narodzin Florki (długo czekaliśmy prawda?). No i wczoraj zabraliśmy Florkę na Pszczółkę Maję. Dziecko wytrzymało kawałek koszmarnie głośnych reklam, następnie poszło się przejść wraz ze swym ojcem i powróciło na część docelową. Na bajce zjadło kanapkę, kilka ciasteczek, popatrzyło wielkimi oczami na równie wielką Maję na ekranie i po kwadransie postanowiło wyjść :) Pierwsze wspólne kino i tak uważam za zaliczone.

A powracając do Pszczółki Mai, to Florkę ogarnęła istna pszczółkomania. Dziecko posiada 6 płyt z przygodami tego pasiastego stwora, które są w codziennym użyciu. Do tego dochodzą porozklejane po domu naklejki i kilka wymęczonych kolorowanek. Tak jak odcinkowa Maja na płytach bardzo mi się podoba. Nie dość, że piękna animacja, to bajka jest jeszcze spokojna, pięknie tłumaczy świat przyrody. Natomiast wersja kinowa to istny koszmarek. Maja będąca pozytywnym bohaterem zachowuje się jak rozpaskudzony gówniarz i pierwsze na co miałabym ochotę to trzasnąć ją zdrowo packą na muchy. A po drugie czarny bajowy charakter straszy małe pszczółki, szarpie je za czułki i na dodatek nazywa się Pani Ministra. Co ja poradzę na to, że brzydzę się takimi przejawami feminizmu równie bardzo jak związkami zawodowymi? Jedno i drugie jest sztuczne, dęte i poza okresowym wywoływaniem medialnego szumu niezbyt pożyteczne. Jak kogoś mogą satysfakcjonować określenia: ministra, dyrektorka, prezeska? Ja 100 razy bardziej wolałabym być panią minister, panią dyrektor, panią prezes. A nazywanie premiera polskiego rządu premierową, to jakiś kolejny koszmarek. Premierowa to żona premiera do jasnej cholery. Wychodzi na to, że pani Ewa Kopacz jest swoją własną żoną.

Ameba

 

 

 

Wrzesień 2014

Migawki – wrzesień 2014

Wrzesień 2014

1 – niestety nie korzystam z nowego sprzętu z taką intensywnością, jakbym chciała. Zapalenie lub naderwanie czegoś w stopie się utrzymuje, a ja biegam rzadziej, krócej, wolniej i potem bardziej boli; 2 – istniało ryzyko, że nie będę sypiać we wrześniu, tylko czytać, czytać, czytać. Książki okazały się tak napisane, że nawet nie wiem kiedy je pochłonęłam; 3 – pomoc dla paznokci; 4 – testujemy z córką przepisy na bezglutenowe, bezmleczne i bezjajeczne pierniczki; 5 – Florencja po drugiej stronie lustra; 6 – muzyka łagodząca obyczaje; 7 – moja mama została z córką, a my się wypuściliśmy na kawę i lody; 8 – dynie opanowały mą kuchnię; 9 – wielbię wszelakie odmiany cantuccini,a  najbardziej klasyczne z migdałami.

Ameba

IMG_6224

Omamy wzrokowe

Jak ja lubię takie piątki – siedzę sobie z laptopem na łóżku, obok mruczy kot. Z pokoju dobiegają cudne piosenki na zmianę z głosem Kuby Strzyczkowskiego. Marcin poszedł z Florką na popołudniowy spacer, młodsze dziecko zawzięcie rusza się w brzuchu. W perspektywie czeka na mnie herbatka z kardamonem, własnoręcznie upieczone brioszki z nadzieniem orzechowym i mocny, męski kryminał.

Pracę w tym miesiącu udało nam się wyjątkowo sprawnie zorganizować. Obyło się bez nadmiernego ciśnienia finansowego, bez obsuwy czasowej w obsłudze klientów, nawet podatki zapłaciliśmy przed ostatecznym terminem. Wygląda na to, że wreszcie będziemy mogli popracować nad naszymi nowymi pomysłami i umocnieniu tego co aktualnie robimy. Udało się wygospodarować czas na wieczorne czytanie i podsłuchiwanie pląsającego w brzuchu maleństwa.

Wiadomo jednak, że nie ma nic bez wysiłku. Pierwsze dni września mieliśmy niezbyt dobre. Piana toczyła nam się z pysków, jak ujadającym wściekle psom. Złość, krzyk, słowna przepychanka, potem milczenie. A poszło na  właśnie o organizację pracy. Na szczęście udało się nam dojść do porozumienia. Napiętą atmosferę rozładowała moja mama oraz kupione przeze mnie skarpetki. Mama jak wiadomo jest dobra na wszystko, a skarpetki zasłużyły się tym, że kosztowały 70 zł.

Po zakupie nowych butów biegowych, zapałałam chęcią dokupienia sobie okularów i właśnie skarpetek. No i mój mąż zaczął wypakowywać zakupy, bo chciał obejrzeć okulary. W ręce wpadły mu skarpetki, spojrzał na cenę i znieruchomiał, a następnie podniesionym głosem spytał – kupiłaś skarpetki za 70 zł? I to nawet nie kompresyjne? Na co ja musiałam mieć dość wciętą minę, bo co tu się chwalić – nie sprawdzałam ile te cholerne skarpety kosztowały, do głowy zresztą by mi nie przyszło, że wyglądające dość normalnie, krótkie biegowe skarpetki mogą być za tyle. Posądziłam go nawet o omamy wzrokowe.  Gdy już myślałam, że świeżo zawarty rozejm poszedł się się walić, Marcin poskładał się ze śmiechu, kwitując sytuację zdaniem – cała moja żona! Tak więc na małżeńskie kłótnie polecam skarpetki oraz stosowanie się do wynegocjowanych przy rozejmie warunków. Życzę nam kolejnych równie dobrze zorganizowanych miesięcy.

Z frontu ciążowego melduję, iż półmetek mam za sobą. Więc już bliżej niż dalej. Porodowych koszmarów sennych ciąg dalszy, bezsilna niezgoda na to jak było i na to jak najprawdopodobniej będzie nakręca mój strach. Maleństwo na ten moment wygląda na dziewczynkę, a ja się tak cieszę, bo marzyłam o drugiej córeczce. Marzyłam sobie po cichutku, wstydząc się jednocześnie tego, że pragnę czegoś więcej niż – całe i zdrowe. Staram się nie nakręcać za bardzo, jak urodzę (bo chyba wyjścia nie mam), o płci się przekonam.

Zastanawiam się ostatnio nad tym jak postrzega mnie córka, które moje cechy w jej oczach są wyolbrzymione, jaki mam wpływ na kształtowanie jej upodobań.

Gdy się pomaluję, albo ubiorę bardziej kobieco, a mniej sportowo, mała baba zawzięcie mnie komplementuje pomrukując mmmmmm. Potrafi też wielokrotnie dotykać jakiejś części mojej garderoby pokazując, że bardzo coś się jej podoba (zwykle są to buty!!!!), usiłuje też to uprowadzić do swojej szafy.

Przeglądając album o ptakach polskich autorstwa Andrzeja Kruszewicza, Florka zachwycona pokrzykuje – mama! Otóż na pewnym zdjęciu jest sfotografowana pani obserwująca ptaki i córka jest przekonana, że to ja:

IMG_6523Tak samo jest z bilbordami reklamowymi. Jeśli na jakimkolwiek zobaczy biegnącą kobietę pokazuje ją ręką i pełnym dumy i pewności tonem orzeka – mama.

Ostatnio wygrzebała moje stare zdjęcie z dzieciństwa i uparcie twierdzi, że to ona. Jakieś podobieństwo faktycznie można dojrzeć :)

MyPrzytoczę jeszcze kilka określeń z Florkowego słownika:

gub – łabędź;

kuła – okulary;

mal mal – pędzelki;

muf – most.

A to wrzucę jeszcze kilka moich ulubionych cytatów z tego miesiąca:

 „Nocą umówioną, nocą ociemniałą

Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało.

Przyszło potajemnie – w cudzej bezżałobie

Było mu na imię tak samo, jak Tobie…

Zajrzało po drodze w przyszłość i w zwierciadło

Na pościeli zimnej obok się pokładło

Dla mnie się pokładło, bym je mógł całować

I znużyć- i zużyć – i nie pożałować! (…)”

Bolesław Leśmian „Nocą umówioną”

” (…) Przypominała nieco moją drugą siostrę, Lolę, która nie miała pojęcia, kim jestem. Za to ja wiedziałem o niej sporo. Między innymi to, że była straszną zdzirą, którą miało pół Krakowa i obracali wszyscy przyjezdni. Szlak turystyczny wiódł od Barbakanu przez jej picz aż na Wawel. (…)”

Gaja Grzegorzewska „Betonowy pałac”

 „(…) Razem przeżyli coś, co łączy policjantów i mężczyzn na całe życie – wspólne śledztwo, wspólne niebezpieczeństwo, wspólne kochanki i wspólne morderstwo. (…)”

Marek Krajewski „Rzeki Hadesu”

 

Ameba

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...