Względna cisza

Melduję, że żyję, że nie wpadłam w żadną dziurę, tylko leczę swe skołatane nerwy. W naszym mieście były juwenalia, a muzyczna scena stała jakieś 100 metrów od naszego bloku. Do pierwszej w nocy wyły jakieś wyjce i to wyły tak, że w domu radia nie było słychać. Zabierałam się do postu na temat pieczywa, ale niczego nie byłam w stanie sklecić. Dość ciekawie było też w godzinach przedpołudniowych, kiedy to przygotowywano sprzęt nagłośnieniowy i przez 3 godziny słyszałam tylko: „raz, raz, raz…” Nie sądziłam, że niedzielny szum miasta będę traktowała jako błogą ciszę.

Miłej reszty niedzieli wszystkim rzyczę

Ameba

Idiotyczne znikanie

Jak w tytule, tak i w rzeczywistości – zniknęła z bloga bo zaległości, bo sraty taty i co? I jajco! Ogarnęłam ogrom roboty jaki na mnie czeka, wzięłam się z nim za bary (nasze siłowanie potrwa jeszcze długo) i w dupę z tym, bo zrobiłam sobie zaległości blogowe ha ha. Tak więc mam nadzieję, ze powrócę do swojego rytmu blogowego, a zaległości najwyżej będę uprzątać odrobinę dłużej. Dzisiaj blogowe odkurzanie u mnie, jutro planuję odwiedzić moje zaniedbane blogowe qleżanki.

Najpierw zaległa kosmetyczna zabawa, do której zaprosiła mnie Idusia. Zabawa polega na  wymienieniu 5 kosmetyków, bez których nie wychodzi się z domu i nominowaniu kolejnych blogerek, którym chcemy zajrzeć do kosmetyczki. Do zadania podeszłam następująco – wymieniam kosmetyki, które mam zwykle na sobie i którym jestem wierna od kilku sezonów (bo ja uwielbiam przeróżne kosmetyczne nowości, ale mam też pewną stałą bazę, którą właśnie prezentuję).

Kosmetyki - blogowa zabawaZacznijmy od lewego dolnego rogu:

  1. Puder mineralny Vichy – mój odcień to piaskowa 30-tka (zimą zwykle wybieram o ton jaśniejszy). Kupiłam, jak tylko pudry mineralne Vichy pojawiły się na naszym rynku i nawet nie mam ochoty próbować pudrów innych firm. Pięknie stapia się ze skórą, w ogóle go nie czuję i wyjątkowo służy mojej mieszanej cerze. Jedynym minusem jest minus typowy dla pudrów sypkich – osypuje się w trakcie nakładania. Wystarczy malować się nim przed założeniem stroju „wyjściowego” i po problemie :) .
  2. Bronzer Terracotta Guerlain – mój odcień to 01 Sun Light. Uwielbiam się nim musnąć tu i ówdzie. Ten kosmetyk jest świetnym dowodem na to, że reklama dźwignią handlu jest. Nigdy nie kupowałam bronzera, różu, rozświetlacza, nie lubię mieć za dużo na twarzy no i nie mam cierpliwości żeby to nakładać. Ze 3 lata temu przy jakimś Douglasowym szaleństwie zasłużyłam na upominek od firmy, właśnie pod postacią tego kosmetyku. Co tu dużo mówić - wstrzelili się. Dali mini opakowanie, a Ameba je zużyła i wróciła po pełnowymiarowe, za które niestety już trzeba było zapłacić. Nie dość że ma genialne pigmenty, świetnie stapia się ze skórą , nawilża, to jeszcze ten obłędny zapach! Używam go zwykle od później wiosny do wczesnej jesieni. A tak poza tym, to jestem zwolenniczką spolszczenia nazwy i wymienienia bronzerów na brązery ;)
  3. Tusz do rzęs Hypnose Lancome – kolor czarny (mało oryginalnie co?). Jest trwały, ale dobrze się zmywa, nie podrażnia mi oczu. Bardzo pasuje mi kształt szczoteczki i gęstość tuszu, która po prostu jest w sam raz. Pamiętam moje zmagania z tuszem Givenchy, który miał kulistą szczoteczkę – dla mnie kompletny idiotyzm, który zwykle pod koniec malowania wkładałam sobie w oko i wychodziłam z popękanymi naczynkami.
  4. Bibułki matujące Sensai firmy Kanebo. Uzasadnienie? Próbowałam różnych absorbentek i nie lubię tych, które wyglądają jak cieniutkie płatki silikonu, nie lubię bibułek które drą się już pod wpływem dotyku (Dermika), lubię Kanebo i tyle.
  5. Woda perfumowana Gucci Guilty – obok Kenzo Flower jest to moja perfumowa baza. Jest to zapach, który lubię nosić na sobie w domu, jak i podczas wyjść wszelakiej maści. Pierwszy raz dostałam ich flakon od mojego M, a że lubię sama sobie wybierać pachnidła (wiadomo, nie ma to jak powąchać je na własnej skórze), zanim dobrałam się do buteleczki byłam pełna rezerwy, ale potem powąchałam no i mój kolejny kosmetyczny stały związek. Tu szczere gratulacje dla mojego Męża, bo kupić komuś perfumy, które lubi i których używa – żadna sztuka. Ale kupić nowe i tak się wstrzelić, no, no.

Ja skończyłam i powinnam nominować 5 kolejnych blogerek. Ale nie nominuje, bo dawno mnie u Was nie było i nie wiem, kto przypadkiem w tej zabawie nie brał już udziału z namaszczenia innej blogowej kumpeli. Każdy, kto ma ochotę może się podzielic swoimi kosmetycznymi miłościami w komentarzu.

Iduś, obiecuję, że z następnych zabaw wywiążę się jak należy!

I jeszcze jedna ważna rzecz, otóż otrzymałam wyróżnienie zarówno od Szpilki, jak i od Idy  (może jeszcze od kogoś, tylko nie zdążyłam przeczytać ha ha). Za wyróżnienie dziękuję i się nim bezczelnie chwalę:

No i teraz powinnam napisać 7 rzeczy o sobie. Ale czy jest jeszcze coś, czego o mnie nie wiecie? Spróbujmy:

  1. Od dziecka uwielbiam spodnie. I nawet jako przedszkolak akceptowałam wyłącznie sztruksy i dżinsy. A wiecie dlaczego? Bo miały kieszenie na pupie no i podobał mi się w nich mój osobisty kilkuletni tyłek. A do tego jeszcze wsuwałam sobie pistolet za pasek spodni i byłam wtedy kowbojem. Do dzisiaj pamiętam czerwone sztruksy, które nazwałam „łobuzerskimi spodniami”. Do babskości się nie dorasta, babskość się wysysa z mlekiem matki!
  2. Moje pierwsze doświadczenie alkoholowe też jest z czasów przedszkolnych. Będąc z rodzicami nad morzem, pomyliłam butelki i zamiast oranżady, pociągnęłam zdrowy łyk piwa. Pamiętam tylko, że było ohydnie gorzkie no i momentalnie ścięło mnie z nóg. Zasnęłam snem sprawiedliwym i byłam niesiona do pensjonatu. Piwa nie lubię do dziś.
  3. Chodziłam z opiekującą się mną sąsiadka pluć na grób jej męża. Zostało mi to ukrócone, jak kiedyś poszłam na cmentarz z mamą. Po odwiedzeniu grobów bliskich zaciągnęłam ją jeszcze na grób męża pani Grochowskiej. Mama była wzruszona mą wrażliwością, no ale szybko wzruszenie minęło gdy kilkuletnia niebieskooka blondyneczka splunęła na grób obcego mężczyzny. W sumie to ja byłam równie zdziwiona, że tak nie należy robić.
  4. Pierwszym obiadem jaki ugotowałam, były ziemniaki, kalafior i jajko sadzone. Wszystko potwornie przesolone.
  5. Na studiach najbardziej nie lubiłam zajęć z moim aktualnym Szefem. No i  był to prowadzący, którego najbardziej się bałam.
  6. Nigdy nie opanowałam wymyku i odmyku. Zwisanie głową w dól jest dobre dla nietoperzy, a nie Ameby.
  7. Kiedyś będąc już całkiem dorosłą kobietą zarejestrowałam pewnego pana do laryngologa. To znaczy, ten pan pomylił numery telefonu, a ja w przypływie nagłego geniuszu i jakiejś totalnej głupawki go z błędu nie wyprowadziłam. Mało tego, bardzo zabawna mi się wydawała wizja awantury, jaką pewnie urządzi w rejestracji. Zachwyt nad moim pomysłem uleciał, ledwie odłożyłam słuchawkę. Niestety nie starczyło mi odwagi, żeby zadzwonić i wszystko odkręcić.

No i co, lubicie mnie jeszcze? Coś mi się wydaje, że o niektórych wybrykach już pisałam. Blogerki, z którymi wiąże mnie dłuuugi związek mogą sobie coś tam przypomnieć.

Aaaa i jeszcze coś zabawnego usłyszałam w radiowej Trójce, w piątkowy poranek. Zdaje się, że to redaktor Nogaś powiedział:

„Joachim von Ribbentrop miał kręgosłup moralny Ameby.”

I ja chciałam zaprotestować, pomimo że zdaję sobie sprawę, iż o inną amebę mogło redaktorowi chodzić. Na wszelki wypadek jednak zapewniam, że ja jestem ucieleśnieniem  słów Immanuela Kanta – niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Jedyne co ewentualnie mogłabym mieć z panem von Ribbentropem mieć wspólnego to ewentualnie postawa ciała. No bo on w końcu był wojskowym, a ja należę do tych, no wiecie – łopatki ściągnięte, pośladki napięte, podbródek uniesiony. No to teraz muszę odpracować czas, jaki tu spędziłam. Ściskam wszystkie tęskniące i do jutra! Jutro piję kawę z Wami :)

Ameba

Znikam

Znikam na jakiś czas, pojawię się gdy się trochę z robotą uporam. Mam nadzieję, że macie lepszy wtorek i nikomu kapiące z foremki ciasto drożdżowe nie zrobiło w domu smrodu i zadymy. Czy ta wieczna zmienność nie jest cudowna? Przed szorowaniem piekarnika miałam paznokcie, a teraz ich nie mam.

Życzę Wam, żebyście nie musieli zastanawiać się, czy szanowny Pan Kokot nie pomylił się pisząc, że następstwem utraty większej ilości wody aniżeli sodu drogą nerek lub przewodu pokarmowego jest hipernatremia z niedoborem sodu w organizmie (ja bym powiedziała że z nadmiarem sodu, ale ja się nie znam). Jak ktoś się zna to niech mi powie!

Wybaczcie mą nieobecność u Was, wrócę niepostrzeżenie :)

Ameba