Jak w tytule, tak i w rzeczywistości – zniknęła z bloga bo zaległości, bo sraty taty i co? I jajco! Ogarnęłam ogrom roboty jaki na mnie czeka, wzięłam się z nim za bary (nasze siłowanie potrwa jeszcze długo) i w dupę z tym, bo zrobiłam sobie zaległości blogowe ha ha. Tak więc mam nadzieję, ze powrócę do swojego rytmu blogowego, a zaległości najwyżej będę uprzątać odrobinę dłużej. Dzisiaj blogowe odkurzanie u mnie, jutro planuję odwiedzić moje zaniedbane blogowe qleżanki.
Najpierw zaległa kosmetyczna zabawa, do której zaprosiła mnie Idusia. Zabawa polega na wymienieniu 5 kosmetyków, bez których nie wychodzi się z domu i nominowaniu kolejnych blogerek, którym chcemy zajrzeć do kosmetyczki. Do zadania podeszłam następująco – wymieniam kosmetyki, które mam zwykle na sobie i którym jestem wierna od kilku sezonów (bo ja uwielbiam przeróżne kosmetyczne nowości, ale mam też pewną stałą bazę, którą właśnie prezentuję).
Zacznijmy od lewego dolnego rogu:
- Puder mineralny Vichy – mój odcień to piaskowa 30-tka (zimą zwykle wybieram o ton jaśniejszy). Kupiłam, jak tylko pudry mineralne Vichy pojawiły się na naszym rynku i nawet nie mam ochoty próbować pudrów innych firm. Pięknie stapia się ze skórą, w ogóle go nie czuję i wyjątkowo służy mojej mieszanej cerze. Jedynym minusem jest minus typowy dla pudrów sypkich – osypuje się w trakcie nakładania. Wystarczy malować się nim przed założeniem stroju „wyjściowego” i po problemie :).
- Bronzer Terracotta Guerlain – mój odcień to 01 Sun Light. Uwielbiam się nim musnąć tu i ówdzie. Ten kosmetyk jest świetnym dowodem na to, że reklama dźwignią handlu jest. Nigdy nie kupowałam bronzera, różu, rozświetlacza, nie lubię mieć za dużo na twarzy no i nie mam cierpliwości żeby to nakładać. Ze 3 lata temu przy jakimś Douglasowym szaleństwie zasłużyłam na upominek od firmy, właśnie pod postacią tego kosmetyku. Co tu dużo mówić – wstrzelili się. Dali mini opakowanie, a Ameba je zużyła i wróciła po pełnowymiarowe, za które niestety już trzeba było zapłacić. Nie dość że ma genialne pigmenty, świetnie stapia się ze skórą , nawilża, to jeszcze ten obłędny zapach! Używam go zwykle od później wiosny do wczesnej jesieni. A tak poza tym, to jestem zwolenniczką spolszczenia nazwy i wymienienia bronzerów na brązery 😉
- Tusz do rzęs Hypnose Lancome – kolor czarny (mało oryginalnie co?). Jest trwały, ale dobrze się zmywa, nie podrażnia mi oczu. Bardzo pasuje mi kształt szczoteczki i gęstość tuszu, która po prostu jest w sam raz. Pamiętam moje zmagania z tuszem Givenchy, który miał kulistą szczoteczkę – dla mnie kompletny idiotyzm, który zwykle pod koniec malowania wkładałam sobie w oko i wychodziłam z popękanymi naczynkami.
- Bibułki matujące Sensai firmy Kanebo. Uzasadnienie? Próbowałam różnych absorbentek i nie lubię tych, które wyglądają jak cieniutkie płatki silikonu, nie lubię bibułek które drą się już pod wpływem dotyku (Dermika), lubię Kanebo i tyle.
- Woda perfumowana Gucci Guilty – obok Kenzo Flower jest to moja perfumowa baza. Jest to zapach, który lubię nosić na sobie w domu, jak i podczas wyjść wszelakiej maści. Pierwszy raz dostałam ich flakon od mojego M, a że lubię sama sobie wybierać pachnidła (wiadomo, nie ma to jak powąchać je na własnej skórze), zanim dobrałam się do buteleczki byłam pełna rezerwy, ale potem powąchałam no i mój kolejny kosmetyczny stały związek. Tu szczere gratulacje dla mojego Męża, bo kupić komuś perfumy, które lubi i których używa – żadna sztuka. Ale kupić nowe i tak się wstrzelić, no, no.
Ja skończyłam i powinnam nominować 5 kolejnych blogerek. Ale nie nominuje, bo dawno mnie u Was nie było i nie wiem, kto przypadkiem w tej zabawie nie brał już udziału z namaszczenia innej blogowej kumpeli. Każdy, kto ma ochotę może się podzielic swoimi kosmetycznymi miłościami w komentarzu.
Iduś, obiecuję, że z następnych zabaw wywiążę się jak należy!
I jeszcze jedna ważna rzecz, otóż otrzymałam wyróżnienie zarówno od Szpilki, jak i od Idy (może jeszcze od kogoś, tylko nie zdążyłam przeczytać ha ha). Za wyróżnienie dziękuję i się nim bezczelnie chwalę:

No i teraz powinnam napisać 7 rzeczy o sobie. Ale czy jest jeszcze coś, czego o mnie nie wiecie? Spróbujmy:
- Od dziecka uwielbiam spodnie. I nawet jako przedszkolak akceptowałam wyłącznie sztruksy i dżinsy. A wiecie dlaczego? Bo miały kieszenie na pupie no i podobał mi się w nich mój osobisty kilkuletni tyłek. A do tego jeszcze wsuwałam sobie pistolet za pasek spodni i byłam wtedy kowbojem. Do dzisiaj pamiętam czerwone sztruksy, które nazwałam „łobuzerskimi spodniami”. Do babskości się nie dorasta, babskość się wysysa z mlekiem matki!
- Moje pierwsze doświadczenie alkoholowe też jest z czasów przedszkolnych. Będąc z rodzicami nad morzem, pomyliłam butelki i zamiast oranżady, pociągnęłam zdrowy łyk piwa. Pamiętam tylko, że było ohydnie gorzkie no i momentalnie ścięło mnie z nóg. Zasnęłam snem sprawiedliwym i byłam niesiona do pensjonatu. Piwa nie lubię do dziś.
- Chodziłam z opiekującą się mną sąsiadka pluć na grób jej męża. Zostało mi to ukrócone, jak kiedyś poszłam na cmentarz z mamą. Po odwiedzeniu grobów bliskich zaciągnęłam ją jeszcze na grób męża pani Grochowskiej. Mama była wzruszona mą wrażliwością, no ale szybko wzruszenie minęło gdy kilkuletnia niebieskooka blondyneczka splunęła na grób obcego mężczyzny. W sumie to ja byłam równie zdziwiona, że tak nie należy robić.
- Pierwszym obiadem jaki ugotowałam, były ziemniaki, kalafior i jajko sadzone. Wszystko potwornie przesolone.
- Na studiach najbardziej nie lubiłam zajęć z moim aktualnym Szefem. No i był to prowadzący, którego najbardziej się bałam.
- Nigdy nie opanowałam wymyku i odmyku. Zwisanie głową w dól jest dobre dla nietoperzy, a nie Ameby.
- Kiedyś będąc już całkiem dorosłą kobietą zarejestrowałam pewnego pana do laryngologa. To znaczy, ten pan pomylił numery telefonu, a ja w przypływie nagłego geniuszu i jakiejś totalnej głupawki go z błędu nie wyprowadziłam. Mało tego, bardzo zabawna mi się wydawała wizja awantury, jaką pewnie urządzi w rejestracji. Zachwyt nad moim pomysłem uleciał, ledwie odłożyłam słuchawkę. Niestety nie starczyło mi odwagi, żeby zadzwonić i wszystko odkręcić.
No i co, lubicie mnie jeszcze? Coś mi się wydaje, że o niektórych wybrykach już pisałam. Blogerki, z którymi wiąże mnie dłuuugi związek mogą sobie coś tam przypomnieć.
Aaaa i jeszcze coś zabawnego usłyszałam w radiowej Trójce, w piątkowy poranek. Zdaje się, że to redaktor Nogaś powiedział:
„Joachim von Ribbentrop miał kręgosłup moralny Ameby.”
I ja chciałam zaprotestować, pomimo że zdaję sobie sprawę, iż o inną amebę mogło redaktorowi chodzić. Na wszelki wypadek jednak zapewniam, że ja jestem ucieleśnieniem słów Immanuela Kanta – niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Jedyne co ewentualnie mogłabym mieć z panem von Ribbentropem mieć wspólnego to ewentualnie postawa ciała. No bo on w końcu był wojskowym, a ja należę do tych, no wiecie – łopatki ściągnięte, pośladki napięte, podbródek uniesiony. No to teraz muszę odpracować czas, jaki tu spędziłam. Ściskam wszystkie tęskniące i do jutra! Jutro piję kawę z Wami 🙂