Pogadamy o tym rano…
Niebo zrobiło się grafitowe, zaraz zacznie padać. Z porannego niedzielnego spaceru nici, pozostało troszkę popisać na blogu.

Dwa ostatnie tygodnie spędziłam na krześle (no może z małymi przerwami). Pracy mamy po same pachy, ale patrząc na budowlane wyzwanie, to bardzo dobrze. Śmiałam się, że sukcesem w tym kołowrotku jest to, że dziewczyny dostają codziennie domowy obiad i że są wyprowadzane na spacery.
Jeszcze półtora tygodnia wakacji i Florka wraca do przedszkola. Troszkę się tym powrotem denerwuję, zastanawiam się czy będzie płacz, czy też przechodzi kolejny rok bez jednej łezki. W przyszłym roku powinno być łatwiej, jak obie panny ruszą w przedszkolne mury.

Jesień wisi w powietrzu. Liście szumią w charakterystyczny dla schyłku lata sposób. Nawet śnieg z deszczem miałam okazję podziwiać jakieś dwa tygodnie temu. Garderoba dziecięca doprasza się o uporządkowanie. Muszę dokupić kartony i posegregować odzież i obuwie – to do wyrzucenia, tamto do oddania, jeszcze co innego zostaje po Florce dla Jaśminki.


Śmiać mi się chce, że gdy trzecia ciąża stała się faktem, byłam taka przekonana o zakończeniu okresu prokreacyjnego. Cieszyłam się na myśl o pozbyciu się lada chwila wszystkich niemowlęcych akcesoriów i ciuszków. Sądziłam, że gdy potwierdzi się płeć męska podczas kilku kolejnych usg trzeciego potomka, wywiozę kartony z ciuszkami po Jaśmince. A teraz siedzę sobie, patrzę na to i mam jakiś opór w sobie. Bo tak naprawdę nie jestem gotowa na stwierdzenie – to nasze ostatnie dziecko. Do czterdziestych, no powiedzmy czterdziestych drugich urodzin zostało mi jeszcze trochę czasu. Jak dokładnie ten czas rozliczyć, to jest go więcej niż potrzebowałam na trzy dotychczasowe ciąże. I co, mam być już teraz pewna, że to koniec tego magicznego okresu w moim życiu? Że to ostatnie osiemnaście tygodni, kiedy mam okazję czuć ruchy nienarodzonego dziecka? Nie jestem tego wszystkiego pewna i nie mam zamiaru składać żadnych ostatecznych deklaracji. Zobaczymy, co życie przyniesie. Tak więc ciuszki po Jaśmince zostają.

Florka dopytując niedawno o dzidzię w mamusinym brzuchu, mówiła o maluszku, jak o dziewczynce. Tłumaczę więc jej spokojnie, że dzidzia najprawdopodobniej jest chłopcem i że urodzę im braciszka. Na co córka uparcie – a może siostrzyczkę co? Mówię więc, że nie mamy na to żadnego wpływu, że maleństwo ma już określoną płeć i nie zmieni się to po urodzeniu. Na to Florka – to może pogadamy rano co, jak się wyśpisz? Czyżby córcia miała podejście do życia niczym Scarlett O’Hara i jej – pomyślę o tym jutro?

W zeszły weekend pojechaliśmy do skansenu w Osieku nad Notecią. Uwielbiam to miejsce zwłaszcza w soboty, kiedy można chodzić sobie luzem po tym cudnym terenie. Stamtąd też są zdjęcia w dzisiejszym wpisie.

Wczoraj za to pojechaliśmy do Gruczna na Festiwal Smaku i przywieźliśmy stamtąd sporo gatunków serów owczych i kozich, wędzone ryby, miody, na nawet chałwę i oliwki. Nie obyło się oczywiście bez drewnianych zabaweczek dla dziewczynek i glinianego dzbanka dla mnie. Fajna impreza w plenerze, polecam ją wszystkim smakoszom i miłośnikom idei slow food. Marcin nie może odżałować kiszonych śledzi, a ja tego, że zabrakło mi cierpliwości do stania w kolejce przy stoisku wystawców z Gruzji i z Litwy.


Ja piszę i piszę, a deszcz pada i pada. Obiad mam od wczoraj, coś słodkiego też się w szafce znajdzie. Chyba obiorę antonówki i zrobię mus jabłkowy. Brakuje mi zapachu dochodzącego z kuchni. A może tak pizza z oscypkiem na wieczór? To ruszam do garów!

Ameba