Kawał wczorajszego dnia upłynął nam na rozmyślaniach i dyskusji na temat naszych relacji z rodzeństwem. I raczej do smutnych wniosków doszliśmy, a może powinnam powiedzieć, że jesteśmy w jakimś tam stopniu rozżaleni i poirytowani.
Niby nasze relacje z braćmi układają się dobrze, kochamy się, nie obrażamy się na siebie, lubimy ze sobą spędzać czas, ale….
Ale mam wrażenie, że to my wychodzimy od kilku lat z ciągłą inicjatywą w podtrzymywaniu kontaktów. Chociażby głupie telefony, jeśli my nie zadzwonimy, to nie ma co liczyć na rozmowę, no chyba, że akurat któryś odbierze telefon. Wrażenie to może być zacierane przez fakt, że zarówno moi jak i M bracia mieszkają z rodzicami. I skoro rozmawiamy codziennie z rodzicami, to oni i tak wiedzą co u nas się dzieje. Ale czy tak trudno zadzwonić choć na chwilkę, albo na dłużej choć raz na 2 miesiące? Zupełnie są pozbawieni tej refleksji. U mnie dodatkowo jest jeszcze jeden zabawny fakt telefoniczny. Otóż mój G – Brat uważa, że puszczenie do mnie sygnału oznaczającego „zadzwoń do mnie teraz” jest jednoznaczne z zadzwonieniem do mnie. Mało tego, jestem w ten sposób dopieszczana, tylko gdy jego dziewczyna jest chora, lub wyjedzie. Ostatnio z resztą pokłóciliśmy się z tego powodu, gdyż gówniarz nie jest w stanie odebrać ode mnie telefonu, gdy jest w towarzystwie Michaliny, bo to zakłóca ich spotkanie. A że właśnie takiego kosza dostałam kilka razy pod rząd jest mi potwornie źle i przykro. On oczywiście uważa, że przesadzam, czepiam się i w ogóle o co mi chodzi. Nadmienić wypada, że mi nie przeszkadza obecność mojego M w rozmowie z braćmi, ale to jakoś uchodzi uwadze mojego G – Brata. O, albo sprawa sms – ów. Przecież jesteśmy świadomi, że obaj moi i młodszy brat M uczą się, nie zarabiają na siebie, ale każdy jest w posiadaniu czynnego telefonu komórkowego, z którego korzysta. Czy tak trudno poświęcić 60 groszy miesięcznie na sms do nas? Nawet takich ochłapów jesteśmy pozbawieni. A najlepsze jest, gdy staramy się ich przetrzymać i w końcu dzwonimy i słyszymy „A co ty tak długo się nie odzywasz, obraziłeś/łaś się?” Ręce opadają.
Natomiast jeśli chodzi o spotkania, sprawa jest jeszcze fajniejsza. Bracia M w ogóle nie są w stanie do nas przyjechać, natomiast moi i owszem, ale zwykle gdy są przy innej okazji w naszym mieście (i to nie zawsze), albo gdy na tyle interesującą propozycję spędzenia razem czasu im złożymy, że przebijemy gry internetowe. To my jeździmy wiecznie jak głupie norki pomiędzy domami. Mało tego, starszy brat mojego M, potrafi podsycać rodzinne zniesmaczenie, że M tak rzadko przyjeżdża. Jakoś nikt nie zwróci uwagi ani na czas jaki to nam zabiera, ani na koszty, ani na zmęczenie M, który wiecznie jest po albo przed pracą. On nawet po dobowych dyżurach nie kładzie się ani na chwilkę do łóżka, bo czasu jest wiecznie mało.
Na dodatek rozpoczyna się kolejny konfliktowy okres roku, czyli przedświąteczny. Tak naprawdę, to my spędzamy święta w samochodzie, bo wszyscy oczekują, że stawimy się w domach. Mało tego, ostatnie lata, to stawaliśmy na łbie, żeby obskoczyć obie wigilie w domach oddalonych od siebie o jakieś 160 km. A kiedy mamy mieć czas dla siebie? Tym bardziej, że w ramach sprawiedliwego podziału w jeden dzień świąt M musi wziąć dobowy dyżur.
Jednym słowem, albo zdaniem: żal dupę ściska.
Ale mam wrażenie, że to my wychodzimy od kilku lat z ciągłą inicjatywą w podtrzymywaniu kontaktów. Chociażby głupie telefony, jeśli my nie zadzwonimy, to nie ma co liczyć na rozmowę, no chyba, że akurat któryś odbierze telefon. Wrażenie to może być zacierane przez fakt, że zarówno moi jak i M bracia mieszkają z rodzicami. I skoro rozmawiamy codziennie z rodzicami, to oni i tak wiedzą co u nas się dzieje. Ale czy tak trudno zadzwonić choć na chwilkę, albo na dłużej choć raz na 2 miesiące? Zupełnie są pozbawieni tej refleksji. U mnie dodatkowo jest jeszcze jeden zabawny fakt telefoniczny. Otóż mój G – Brat uważa, że puszczenie do mnie sygnału oznaczającego „zadzwoń do mnie teraz” jest jednoznaczne z zadzwonieniem do mnie. Mało tego, jestem w ten sposób dopieszczana, tylko gdy jego dziewczyna jest chora, lub wyjedzie. Ostatnio z resztą pokłóciliśmy się z tego powodu, gdyż gówniarz nie jest w stanie odebrać ode mnie telefonu, gdy jest w towarzystwie Michaliny, bo to zakłóca ich spotkanie. A że właśnie takiego kosza dostałam kilka razy pod rząd jest mi potwornie źle i przykro. On oczywiście uważa, że przesadzam, czepiam się i w ogóle o co mi chodzi. Nadmienić wypada, że mi nie przeszkadza obecność mojego M w rozmowie z braćmi, ale to jakoś uchodzi uwadze mojego G – Brata. O, albo sprawa sms – ów. Przecież jesteśmy świadomi, że obaj moi i młodszy brat M uczą się, nie zarabiają na siebie, ale każdy jest w posiadaniu czynnego telefonu komórkowego, z którego korzysta. Czy tak trudno poświęcić 60 groszy miesięcznie na sms do nas? Nawet takich ochłapów jesteśmy pozbawieni. A najlepsze jest, gdy staramy się ich przetrzymać i w końcu dzwonimy i słyszymy „A co ty tak długo się nie odzywasz, obraziłeś/łaś się?” Ręce opadają.
Natomiast jeśli chodzi o spotkania, sprawa jest jeszcze fajniejsza. Bracia M w ogóle nie są w stanie do nas przyjechać, natomiast moi i owszem, ale zwykle gdy są przy innej okazji w naszym mieście (i to nie zawsze), albo gdy na tyle interesującą propozycję spędzenia razem czasu im złożymy, że przebijemy gry internetowe. To my jeździmy wiecznie jak głupie norki pomiędzy domami. Mało tego, starszy brat mojego M, potrafi podsycać rodzinne zniesmaczenie, że M tak rzadko przyjeżdża. Jakoś nikt nie zwróci uwagi ani na czas jaki to nam zabiera, ani na koszty, ani na zmęczenie M, który wiecznie jest po albo przed pracą. On nawet po dobowych dyżurach nie kładzie się ani na chwilkę do łóżka, bo czasu jest wiecznie mało.
Na dodatek rozpoczyna się kolejny konfliktowy okres roku, czyli przedświąteczny. Tak naprawdę, to my spędzamy święta w samochodzie, bo wszyscy oczekują, że stawimy się w domach. Mało tego, ostatnie lata, to stawaliśmy na łbie, żeby obskoczyć obie wigilie w domach oddalonych od siebie o jakieś 160 km. A kiedy mamy mieć czas dla siebie? Tym bardziej, że w ramach sprawiedliwego podziału w jeden dzień świąt M musi wziąć dobowy dyżur.
Jednym słowem, albo zdaniem: żal dupę ściska.