Tyle zamieszania i już po

Powracam do Was już na dobre, dziękuję za wszystkie życzenia, kciuki i łącza emocjonalne! Mąż :)))) poszedł dziś na dyżur, więc mogę sobie spokojnie popisać. Na czym to ja skończyłam??? Aaaa, na szykowaniu się do wyjścia, więc było tak….
M wskoczył pod prysznic, a ja wzięłam się za próbę wpakowania swych nóg w rajstopy. Przedłużone szpony mi życie znacznie utrudniają, ale dałam radę, na dodatek rajstop nie podarłam. Fryzura została zrobiona migiem, makijaż również, zostało do zrobienia najlepsze, czyli założenie sukienki. M biegał wokół mnie w bieliźnie, uparł się, że zacznie się ubierać dopiero jak ja będę gotowa. Czas uciekał jak szalony, mieliśmy wyjechać do kościoła o 16.15, M zaczął walczyć z zamkiem sukienki chwilę przed 16, więc już nerwy, dłonie spocone i usiłując przeciągnąć suwak przez newralgiczne miejsce, ukręcił jego końcówkę. Wnet trupem padłam, bo zamek się zablokował, a sukienka była zapięta tylko do wysokości zapięcia stanika. Na szczęście udało mi się wyciągnąć Mamę spod prysznica, która to ucapiła pazurami zamek dopinając go do końca. Ale miałam już moment w stylu – pierdolę to, idę w rozpiętej, albo mi zaszyjcie. Mamcia wpięła mi we włosy ślubną ozdóbkę, przyszli świadkowie i ruszyliśmy. W recepcji odebrałam bukiet (kwiaciarnia zrobiła mi identyczny jak na przesłanym zdjęciu), M i świadkom panie przypięły kwiatki i ruszyliśmy w drogę. Limuzyna wyglądała lepiej z zewnątrz niż wewnątrz, ale trudno. Zgodnie z ustaleniami podjechaliśmy do księdza na plebanię, a tam cisza, nikogo nie ma. Mi już się zimno zrobiło, oczywiście nikt nie zabrał telefonu, więc zawisł mi nad głową wielki znak zapytania, czy aby ksiądz o ślubie pamięta i czy jest w kościele. Droga spod plebanii do kościoła była dość osobliwa. Musieliśmy jechać tyłem, bo ten długaśny krążownik nie miał gdzie wykręcić. Na całe szczęście ksiądz był w kościele, dopełniliśmy formalności, goście się zjechali i uroczystość się rozpoczęła. Muzycy z filharmonii grali przepięknie, kościółek był ukwiecony w sam raz, z tiulem też nie przesadzono. Stres ze mnie zszedł zupełnie, gdy ksiądz rozpoczął mszę i nagle się zorientował, że zapomnieli postawić krzesła dla świadków, którzy w ławkach musieli przycupnąć i wymamrotał „zapomnieli o krzesłach dla świadków, no trudno, teraz już nic z tym nie zrobimy”, a następnie powrócił płynnie do odprawiania mszy. W sumie wyszło uroczyście, ale i sympatycznie, bo zwrócił się do gości z krótką historyjką, na koniec i nas pytał o to, gdzie się poznaliśmy, kto kogo podrywał i tak dalej. Nawet przepiękny album nam wręczył w ramach prezentu. A potem wiadomo: obsypani zostaliśmy płatkami i grosikami, życzenia, całusy, kwiaty, zdjęcia, kasa, kasa, kasa i na imprezkę. Miejscowi oczywiście 2 bramy na szybko ustawili. Przy pierwszej grzecznie wysiadłam, od wypicia wódki wykręciłam się kłamstwem, że w ciąży jestem, a przy drugiej bramie już szeptali, że młoda w ciąży 🙂 A że humorzasta jestem, wódy nie cierpię, i cierpliwość mi się skończyła, przy drugiej bramie kurwami już rzuciłam, odmówiłam wysiadania z limuzyny i wrzasnęłam do kierowcy, że ostatni raz się zatrzymuje. Na szczęście już nikt drogi nam nie zastąpił. Kierowca zaproponował nam szampana i ledwie zdążył powiedzieć do M „tylko na lustro uwaga”, korek wystrzelił pod sufit zostawiając pęknięcia na lustrze. W Kormoranie przywitano nas firmowymi upominkami (japońska porcelana), a goście hotelowi nam życzeń nie szczędzili. A potem wszyscy jedli, pili, swoim towarzystwem się cieszyli, morze nocą odwiedzili, aż zmęczenie do kapitulacji nas zmusiło.
Wszystko tak szybko zleciało, że w sumie niewiele pamiętam, ale jesteśmy szczęśliwi, że w końcu mamy ten krok za sobą i do tego rodziny są bardzo zadowolone i dopieszczone. I wyobraźcie sobie Kochani, że zrezygnowaliśmy z sesji zdjęciowej w plenerze, na którą byłam taka napalona. W piątek pogoda była cudowna, woleliśmy iść na plażę, niż znowu wbijać się w ślubne ciuchy i grzać do Słupska, a stamtąd plażę. Tak więc zaliczyłam wraz z Mężem kąpiel w morzu od stóp do głów. A fotografowie tyle zdjęć nam w kościele pstrykali, że z tego album ślubny sobie stworzymy.
Mój G-Brat został w Rowach w pracy. A że jest to piekarnia, to zaczyna o 2 w nocy, kończy koło 14-tej. Jego Misia za to pracuje w kawiarni od 9 do 21, więc nie mają za bardzo czasu dla siebie. Ale mam nadzieję, że Braciszek da radę i wyjdzie z tego zwycięsko.
My natomiast cieszymy się nowymi wyrazami i inaczej niż „Mężu, Żono” się do siebie na razie nie zwracamy.
Jeszcze raz pozdrowienia dla moich Kibicek!

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.