Nienajlepsza środa, czwartek i niedziela

A wszystko zaczęło się z wtorku na środę… Równie dobrze mogłabym zacząć – za górami, za rzekami….

 

No to przejdźmy do rzeczy. Jak powszechnie wiadomo, troszkę się z robotą nie wyrabiamy i zaległości dość pokaźne nam urosły. We wtorek M był na dyżurze, a ja poświęciwszy cały dzień na połknięcie babskiego czytadła, postanowiłam wstać w środę skoro świt i troszkę nadrobić co trzeba. Wstawiłam sobie budziki w 2 telefonach pomiędzy 4.00-4.30. No i budzę się na znajomy dźwięk, półprzytomna macam palcem po ekranie w celu wyłączenia potwora, a to nie dość, że ledwie 1:30, to jeszcze budzik nie dzwoni. Chwile się pogłowiłam nad dźwiękiem, który mnie obudził, ale tym myśleniem się zmęczyłam i zasnęłam.  Za jakiś czas znów znajomy dźwięk wyrywa mnie ze snu i znów budziki wyłączone. Przy kolejnym razie (a budziło mnie to coś co 30 min) zaczęłam wściekła sprawdzać potencjalnych winowajców – ciśnieniomierz (który na szczęście leżał w okolicy łóżka i AED, które niestety w szafie wraz z fantomami jest zamknięte). Moje tropy okazały się fałszywe, a znane mi nie wiem skąd piiiiip dręczyło mnie co pół godziny. Nieprzytomna z powodu przerywanej nocy zwlekłam się z łóżka przed 6.00 (więc z nadrobienie zaległości nici) i znów piiiip. Tym razem poszłam za tropem usznym i znalazłam gnoja – był to stary telefon M, który naładowałam i zabrałam mu do szpitala na „w razie czego”. Po powrocie M schował go do szuflady nie wyłączając co wystarczyło, by zapewnić mi nocne łamigłówki.
Cały dzień mieliśmy ściśle zaplanowany, miało to wyglądać tak: 10.00 odebrać fakturę z poczty, potem z M do fryzjera (bo w czwartek miał przewidziane wystąpienie dla TVN, a zarośnięty już jest jak daleko nie szukając nasz kot ), 12.00 bank, 14.00 wymiana opon, potem zakupy i powrót do domu w celu zjedzenia czegoś na szybko, skończenia 2 opracowań statystycznych i przygotowania prezentacji na zajęcia.
A wyglądało tak: na poczcie okazało się, że system jest zawieszony i faktura do odbioru za tydzień będzie, potem korki, korki, korki. Fryzjer wypadł z planów, a my do banku wpadliśmy, gdzie formalności trwały jak flaki z olejem i ledwo na wymianę opon się wyrobiliśmy. Tam zapowiedzieli, że wymiana potrwa około godziny, posadzili nas w kanciapie na brudnej kanapie i kazali czekać. Minęła godzina, minęło kolejne 10 min, wchodzi pan dość zakłopotany i mówi, że przy naszym ostatnim kole popsuła się wyważarka no i musimy jeszcze poczekać, bo załadowali koło do samochodu i pojechali szukać pomocy u konkurencji. Całość przeciągnęła się wiec do ponad 2 godzin. Potem korki, korki, korki, potrzeba wypłacenia gotówki, jeden bankomat bez środków, drugi nieczynny i zrobiła się godzina 18.00. Padliśmy w domu jak dętki, a tu pobudka o 3.00 i do Olsztyna heja.
Dzień Olsztyński też niezbyt udany, na dodatek TVN się spóźnił, więc i do domu wróciliśmy zamiast późnym popołudniem, dobrze zaawansowanym wieczorem.
No i dzisiejszy akcent – sms od Ery o wystawionej wczoraj fakturze na 567,90. Najpierw myślałam, że im się przecinek przesunął, potem się spociłam i pognałam do komputera w celu sprawdzenia rachunku szczegółowego. Przecinek postawili dobrze, tylko tyle że dałam im się wychujac. Zrobili to wyjątkowo chamsko i podstępnie. Pozwólcie, że nie będę tu szkicować całego oszukańczego mechanizmu, bo jeszcze do siebie nie doszłam.

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.