No to wróciliśmy z Olsztyna troszkę rozbawieni, troszkę zniesmaczeni. Jedynym plusem tej wyprawy było załatwienie wypożyczenia sprzętu do badań oraz obiad w knajpce Przystań. Pan, który na nas czekał pomimo takich 2 literek przed nazwiskiem (dr) okazał się tępym bucem, któremu słoma z butów wiadomo co robi. Pan w stylu gdzie to ja nie byłem, czego nie widziałem, ile to ja forsy wydaję, jakie to posiadam gadżety… Najsłodsze jest to, że Pan nazwijmy go Bywalec pomimo cholernego dr i wielkiego doświadczenia na polu wszelakim nie może pozbyć się słów: włanczać, wyłanczać, wziąść. Matko, to chyba gorzej wygląda napisane niż wypowiadane. Mam taką propozycję, by wraz z doktoratem na szczęśliwca spadał obowiązek poprawnego wysławiania. A jaki ubaw po pachy mamy, gdy jedziemy na konferencje i te wszystkie mądre głowy habilitowane, zwyczajne i nadzwyczajne walą właśnie taką polszczyzną, ba potrafią swoje wystąpienie poprzedzić zdankiem: „Jestem bardzo wykształcony”. Nic dodać, nic ująć miodzio.
Wracając z Olsztyna zajechaliśmy do rodzinnego domu M, H – Mama wygrzebała mu licealny papierek na żonę. Ciekawe czy ma to jakąś „moc”, czy też nie ominie nas przedmałżeńskie pranie mózgów???