Jestem, jestem kochane Dziewczyny! Tak Wam dziękuję za wsparcie, solidarność jajników i gotowość wysłuchania.
Wczoraj mieliśmy absolutnie porąbany dzień, ale po kolei. Zacznijmy od mojego końca świata sprzed 2 dni.
Czasem tak bywa, że drobnostki, które pojedynczo nie zrobiłyby na nas wrażenia kumulują się kumulują, kumulują no i w końcu sru. Do tego należy dołożyć trochę niedomówień, minięcie się z prawdą, brak czasu dla siebie, wiecznie zajęte myśli pracą pomimo deklaracji „naprawdę Ciebie słucham”, zapominanie o rzeczach drobnych, ale jednak istotnych, przemęczenie, niedospanie, frustrację związaną z brakiem dziecka, mieszkania, wzięcie na siebie kolejnych obowiązków, czas pędzący jak szalony i jako wisienkę na torcie umieśćmy porywczą kobietę z obniżeniem nastroju iiiii……. No i mamy przepis na tragedię życiową.
Na szczęście M oddał 2 dni temu pół dyżuru i wrócił niespodziewanie wieczorem. Zrobiliśmy porządek, powymiataliśmy kłęby kurzu, posegregowaliśmy co trzeba, przewartościowaliśmy i wyrzuciliśmy to, czego nie trzeba. Oczywiście działo się to w atmosferze burzy z piorunami, wichury, nawałnicy, trzęsienia ziemii, trąby powietrznej – ale inaczej nie można było skoro ja w tym brałam udział. Taki cholerny ze mnie choleryk, za co przepraszam moje Kochanie.
Jak to po burzy bywa, w naszej relacji zapanował spokój, harmonia i ładna pogoda.
Ufffffffffffffffffff
Wracając natomiast do dnia wczorajszego, działo się tak… Pojechaliśmy rano na szkolenia do miasta N. W tymże mieście okazało się, że musimy wrócić, bo szkolenie jest w mieście B. Ponieważ miasto N jest moim rodzinnym miasteczkiem postanowiłam wpaść na chwilę do domu zostawić E-Mamie prezent mikołajkowy i odebrać prezent zwrotny i korespondencję. Wdrapujemy się spokojnie po schodach, gdy nagle M pyta: „Masz kluczyki?” Ja oczywiście kluczyków nie miałam, stronię od nich, bo kierownicą nie jestem. Natomiast mój kierowca zbiegł do samochodu i okazało się, że kluczyki tkwią sobie w stacyjce, a wszystkie drzwi są oczywiście zatrzaśnięte. Jakimś nadludzkim wysiłkiem M włamał się do swojego auta, ale troszkę to trwało. W rezultacie spóźniliśmy się na szkolenie 1,5 godziny. I tak byliśmy szczęśliwi, że bez tłuszenia szyby się obyło. Po południu do zamieszania włączył się nasz Mistrz, który zapragnął zrobić spotkanie katedralne już w sobotę, a nie w przyszły czwartek jak ustalaliśmy. Cały problem polega na tym, że nie mamy jeszcze podpisanej umowy, a w sobotę dział kadr nie pracuje. Tak więc zupelnie niespodziewanie jutro i jeszcze raz w sobotę będziemy pędzić do Olsztyna. Mało tego, w sobotę z Olsztyna wracamy z naszym profesorem na pokładzie. Nie ma to jak nakręcić 1000 km w 3 dni, szkoda tylko, że do baku sikać nie można.Na koniec jeszcze raz buziaki dla Marlenki i Smoczycy, dziękuję Kochane 🙂
Czasem tak bywa, że drobnostki, które pojedynczo nie zrobiłyby na nas wrażenia kumulują się kumulują, kumulują no i w końcu sru. Do tego należy dołożyć trochę niedomówień, minięcie się z prawdą, brak czasu dla siebie, wiecznie zajęte myśli pracą pomimo deklaracji „naprawdę Ciebie słucham”, zapominanie o rzeczach drobnych, ale jednak istotnych, przemęczenie, niedospanie, frustrację związaną z brakiem dziecka, mieszkania, wzięcie na siebie kolejnych obowiązków, czas pędzący jak szalony i jako wisienkę na torcie umieśćmy porywczą kobietę z obniżeniem nastroju iiiii……. No i mamy przepis na tragedię życiową.
Na szczęście M oddał 2 dni temu pół dyżuru i wrócił niespodziewanie wieczorem. Zrobiliśmy porządek, powymiataliśmy kłęby kurzu, posegregowaliśmy co trzeba, przewartościowaliśmy i wyrzuciliśmy to, czego nie trzeba. Oczywiście działo się to w atmosferze burzy z piorunami, wichury, nawałnicy, trzęsienia ziemii, trąby powietrznej – ale inaczej nie można było skoro ja w tym brałam udział. Taki cholerny ze mnie choleryk, za co przepraszam moje Kochanie.
Jak to po burzy bywa, w naszej relacji zapanował spokój, harmonia i ładna pogoda.
Ufffffffffffffffffff
Wracając natomiast do dnia wczorajszego, działo się tak… Pojechaliśmy rano na szkolenia do miasta N. W tymże mieście okazało się, że musimy wrócić, bo szkolenie jest w mieście B. Ponieważ miasto N jest moim rodzinnym miasteczkiem postanowiłam wpaść na chwilę do domu zostawić E-Mamie prezent mikołajkowy i odebrać prezent zwrotny i korespondencję. Wdrapujemy się spokojnie po schodach, gdy nagle M pyta: „Masz kluczyki?” Ja oczywiście kluczyków nie miałam, stronię od nich, bo kierownicą nie jestem. Natomiast mój kierowca zbiegł do samochodu i okazało się, że kluczyki tkwią sobie w stacyjce, a wszystkie drzwi są oczywiście zatrzaśnięte. Jakimś nadludzkim wysiłkiem M włamał się do swojego auta, ale troszkę to trwało. W rezultacie spóźniliśmy się na szkolenie 1,5 godziny. I tak byliśmy szczęśliwi, że bez tłuszenia szyby się obyło. Po południu do zamieszania włączył się nasz Mistrz, który zapragnął zrobić spotkanie katedralne już w sobotę, a nie w przyszły czwartek jak ustalaliśmy. Cały problem polega na tym, że nie mamy jeszcze podpisanej umowy, a w sobotę dział kadr nie pracuje. Tak więc zupelnie niespodziewanie jutro i jeszcze raz w sobotę będziemy pędzić do Olsztyna. Mało tego, w sobotę z Olsztyna wracamy z naszym profesorem na pokładzie. Nie ma to jak nakręcić 1000 km w 3 dni, szkoda tylko, że do baku sikać nie można.Na koniec jeszcze raz buziaki dla Marlenki i Smoczycy, dziękuję Kochane 🙂