Byli wczoraj u nas rodzice Marcina. Było to pierwsze spotkanie, po ich powrocie znad morza i nazwijmy to incydencie kardiologicznym u taty. Na tą chwile, gdy emocje mi buzują, mam ochotę powiedzieć, że to moje z nimi ostatnie spotkanie. nie chce mi się tego wszystkiego przytaczać, streszczę tylko, że:
- moja rozmowa telefoniczna z Tomaszem, ewoluowała już pod wpływem czasu w rozmowę telefoniczną Marcina z Sebastianem, gdzie M wyzwał brata od „wsiowych ciołków”;
- kobieta (ja) nie ma prawa do wypowiadania swojego zdania;
- nie rozmawia się o problemach, konfliktach, różnicy zdań. Chyba w ogóle nie należny rozmawiać, bo wtedy jest święty spokój.
- po jakimś czasie okazało się, że to jednak ja rozmawiałam z Tomaszem, na skutek czego biedak trzasł się cały przez następny dzień, bo nikt nigdy do niego tak nie mówił;
- jedyny słuszny zawód to rolnik;
- kto nie jest rolnikiem życia nie zna;
- najbardziej uciemiężona grupa ludzi to rolnicy;
- rolnicy cierpią za miliony;
- życie w mieście jest usłane płatkami róż, mlekiem i miodem płynące;
- dla Marcina nic nie znaczą wartości, które mu w domu wpajano;
- Marcin odsunął się od rodziny, co oczywiście wszyscy widzą;
- no i Marcin nie przejechał 1 listopada 200 km, żeby iść na grób babci (dodam, że 1 listopada zszedł z dobowego dyżuru z podwyższoną temperaturą, zapaleniem gardła i krtani, a na cmentarzu jesteśmy przy prawie każdej bytności w domu M).
Chce mi się tylko pawia puścić na to wszystko i nie łudzę się, że będzie kiedyś normalnie.