Rodzić po ludzku, to rodzić z ludźmi


Rodzić po ludzku, to rodzić z ludźmi – ja grzecznie za to podziękuję, wolę rodzić po świńsku, po kociemu, byle nie po ludzku.

Córka
Córka Florencja

 

No a teraz powolutku, emocje na bok, rzeczowo i chronologicznie.

W piątek, na 2 dni przed porodem zdecydowaliśmy się nie rodzić w wytypowanym do tej pory szpitalu. A dlaczego? A dlatego, że w piątkowy wieczór miałam mały falstart, który umożliwił mi posmakowanie państwowej służby zdrowia. Podciekły mi wody, zaczęły się skurcze, ledwo czułam maleństwo – udaliśmy się wiec do wybranego wcześniej szpitala z przekonaniem, że to już. Wytypowaliśmy ten, a nie inny przybytek służby zdrowia ze względu na ochy i achy na forach, możliwość zostania ojca w szpitalu przez cały pobyt mój i maleństwa (oczywiście za dopłatą), no i piękny opis na szpitalnej stronie – jak to dbają o komfort rodzącej, jak są świetnie wyposażeni i jak chętnie wychodzą naprzeciw niestandardowym oczekiwaniom. Na wannie i fontannie mi nie zależało, ale skusiła możliwość pobytu ojca przez cały czas.

Zamiast słuchać listy przebojów, udaliśmy się wieczorową porą na położniczą izbę przyjęć. Z pokoju badań wytyka głowę położna, wyławia mnie wzrokiem spośród innych czekających i pyta przy wszystkich – co się dzieje? Mnie troszkę przytkało, bo nie przywykłam do udzielania wywiadów publicznie, no ale dla dobra dziecka bla bla bla, mówię suce co się dzieje. A ta zaczęła mnie uświadamiać jaka to jestem nieodpowiedzialna, że dopiero teraz przyjeżdżam i skąd wiem, że to były wody, skoro to moja pierwsza ciąża. Momentalnie zwątpiłam w swoją znajomość fizjologii oraz przebiegu porodu, zwątpiłam w to co widziałam na prześcieradle, poczułam się wnet jak morderczyni własnego dziecka. Zacisnęłam zęby i myślę – teraz to już musi być tylko lepiej. Moja nieodpowiedzialność i zagrażanie życiu dziecka okazało się jednak średnio pilne, bo zajęto się mną po ponad godzinie. Poproszono mnie do pokoju badań, suka nr1 wyszła, zostały 2 chyba położne (nikt nawet z pełnionej funkcji nie raczył się przedstawić). Wchodzę i grzecznie się witam, odpowiada mi cisza, damy siedzą z nosem w komputerze. Witam się wiec znacznie głośniej i o dziwo tym razem był odzew, ale nosy dalej w komputerze. Krążę więc sobie po pokoiku i zastanawiam – uuuuu co ja tutaj robię? Pierwsze słowa  które słyszę poza dobry wieczór to – proszę siadać  Usiadłam na kozetkę, te dwie nawet sprzed monitora łbów nie odwróciły, znów pojawiły się skurcze, wiec wstałam i znów krążę. Po chwili kolejny nakaz posadzenia tyłka słyszę, ale już mnie zaczęło telepać i mówię, że nie usiądę, bo mi lepiej jak chodzę. Tym brakiem subordynacji ściągnęłam wreszcie na siebie ich wzrok. I jedna z nich rzecze – pani od tych wód, co rano podciekły tak? Ja mówię – tak. A skąd pani wie, że to wody, skoro to pierwsza ciąża? (Ratunku, czy one mają jeden zestaw pytań, z którego czerpią?). Na co wszedł lekarz dyżurny (tu tylko mój domysł, bo tez się z funkcji nie przedstawił). Stwierdził, że mnie zbada. Patrzę trochę ogłupiała na ustawienie fotela w stosunku do drzwi i co tu dużo mówić – drzwi otwierają się prosto w moje krocze. W tym momencie myślę – o nie, spierdalamy. Ale za chwilę w głowie świdruje – a jeśli coś z dzieckiem się dzieje? Zaciskam zęby, zaciskam oczy, pakuję się na fotel. Oczywiście w tym momencie drzwi się otwierają, rodziny oczekujące w izbie mogą sobie luknąć jak wyglądam na fotelu, wchodzi jakaś kolejna osoba i zaczynają gadkę szmatkę, a ja w tej rozkraczonej pozycji. Wreszcie doczekałam się badania, stwierdzono, nie powiedziano mi niczego poza tym, że KTG zaproponowano. Zjechałam z Marcinem na KTG, oboje stwierdziliśmy że tu nie rodzimy. Zrobiono nam badanie, wyproszono na korytarz i kazano czekać na lekarza. Zszedł lekarz, spojrzał na wydruk i mówi – wszystko idealnie. Wchodzę więc ponownie do pokoju, położna na mnie patrzy osłupiała i mówi – SŁUCHAM? Ja grzecznie – poproszę o wynik badania. Ona – o nie, my badań nie dajemy i pakuje mój wydruk do wiklinowego koszyka, gdzie takich wydruków jest już sterta. Ja osłupiała – ale wynik badania jest własnością pacjenta! Ona – niech pani rozmawia z dyrektorem. Na co wchodzi Marcin, ja mu mówię, że nie chcą mi dać badania, on na to że jeśli nie badanie, to opis muszą dać  Baba swoje, ja już nie wytrzymałam i się rozdarłam – jaja sobie tu robicie? No i podziałało, zadzwoniła do lekarza i oznajmiła – ta pani chce mieć napisane, że wszystko w porządku. Ja przez zęby – nie chcę mieć napisane, że wszystko w porządku, chcę opis tego co faktycznie wyszło w badaniu. Dostaliśmy opis i szybko uciekliśmy stamtąd.

W domu poryczałam się jak bóbr, musiałam odreagować mój pierwszy kontakt ze służbą zdrowia, gdzie rola pacjenta mi przypadła. Zaczęliśmy szukać prywatnych szpitali w okolicy i możliwości porodu w domu. Z pomocą przyszła moja mama, która obiecała, że zadzwoni do znajomej, która ma znajomą położna w innym bydgoskim szpitalu i że uszy do góry i tak dalej. W sobotę rano skontaktowaliśmy się z przemiłą Panią Ewą, z którą umówiliśmy się na niedzielę na zwiedzanie porodówki.

No i sprawdziłam, co to w rzeczywistości znaczy rodzić po ludzku.

Zwiedzania nie doczekałam. Z soboty na niedzielę chwyciły mnie skurcze i to od razu co 15 min, potem co 10 min. Obudziłam wiec Marcina koło 5.00 i stwierdziłam, że spróbuję przeciągnąć do 8.00, bo Pani Ewa ma być już wtedy w pracy, a lepiej, żeby jednak od kogoś znajomego tą przygodę zacząć  Udało mi się, a jak dojechaliśmy do szpitala skurcze w ogóle ustały. Stres ze mną robi co chce. Ewa była na izbie przyjęć  więc na tym etapie było przemiło i bez zgrzytów, zadzwoniła na porodówkę i wybrała mi najbardziej sensowną położną z dyżurujących. Co mnie zaskoczyło na porodówce:

  • Glukoza i PWE dożylnie na wejście. Najgorsze jest to, że nie byłam mobilna i musiałam leżeć plackiem zanim to zleci. Na szczęście Marcin podkręcił i zleciało szybciej, a ja mogłam zacząć chodzić;
  • Skurcze powróciły, ginekolog sprawdził rozwarcie i zaczął wypisywać dokumentację. Następnie wyszedł. Ja podchodzę do komputera, a tam w mojej karcie: serce – rytm zatokowy, płuca – obustronnie osłuchowo prawidłowe. No i włos mi się zjeżył, po poza rozwarciem niczego nie badał, a na papierze już sobie zrobił zdrową jak ta lala pacjentkę!
  • Następnie bez pytania wrąbano mi papawerynę i oksytocynę, bo i tu cytat „wszystkim nam zależy żeby pani szybciej urodziła”. No mi nie zależało  chciałam rodzic w takim tempie, jak mój organizm pozwala.
  • Marcina wywalono do domu po odpis aktu ślubu, bo nie byliśmy wiarygodni jako małżeństwo z powodu różnych nazwisk. Tym się wkurwiłam, bo ledwie zdążył wrócić.  Gdyby na stronie szpitala odpis aktu małżeństwa był wymieniony jako dokument, który należy zabrać, to byśmy zabrali. Ale szpital tego nie wymienił. A tak z drugiej strony, gdyby przyszli rodzić pani Kowalska i pan Kowalski, to by im na słowo uwierzono, że są małżeństwem – obłęd jakiś.
  • Nie miałam możliwości rodzenia w innej pozycji niż leżąca.
  • Na skutek „wszystkim nam zależy żeby pani szybciej urodziła” druga faza porodu poszła tak gwałtownie, że pękłam od szyjki macicy po odbyt i straciłam około litr krwi, hematokryt spadł mi z 36 do 24.
  • Dostałam Florcię na przepisowy kontakt skóra do skóry i na próbę przyssania się do piersi, a następnie zabrano ja i UMYTO! Po jaką cholerę więc próba kolonizacji moją florą bakteryjną? Powinni ja tylko wytrzeć pieluszką, a oni mi ją umyli.
  • Udało mi się znieść łyżeczkowanie, ale szycia już nie byłam w stanie. Uciekałam tyłkiem mówiąc w skrócie, oni wkurwieni i mówią – proszę nie uciekać, bo nie możemy złapać. Ja ponownie, oni znów. No i tłumaczę, że rozumiem co do mnie mówią  ale nie jestem w stanie nic na to poradzić  to silniejsze ode mnie, nie panuję nad tym odruchem. Tak chciałam się z nimi jasno komunikować  żeby wszystkim ułatwić pracę. Lekarz wyprosił Marcina, a następnie wycedził, że jak nie przestanę, to mi nogi przywiążą. No i przywiązali, ale na szczęście zawołali anestezjologa, co by mnie uśpił. No i mam żal, bo lekarzyna musiał odreagować i mi groźbą przypierdolić  do tego nie miał odwagi gnój zrobić tego przy Marcinie. Dodam tylko, że pomimo uśpienia zszyli mnie krzywo, obawialiśmy się nawet że plastykę będzie trzeba mi robić.

To koniec wieści z porodówki. Teraz czas na odcinek poporodowy, ma ktoś jeszcze siłę? Jeśli nie, rozumiem. Czytelniczki nigdy nie rodzące może niech lepiej tego nie czytają, może to ostrzeżenie na początku postu powinnam napisać?

No i kwiatki z poporodowego odcinka:

  • Przychodzi pani, która się zajmuje nakładaniem na talerz jedzenia (dietetyk? ha, ha) i pyta czy mi odgrzać obiad, czy kolacja wystarczy. Ja na to, że za obiad dziękuję, ona przynosi kolację i pyta – a sztućce i kubek pani ma? Ja osłupiała – nie, nie mam. Ona – to czym chce pani jeść  Ja – paluszkami? Ona no dobrze, to pożyczymy pani szpitalne tymczasowo. I znów muszę powiedzieć  że gdyby napisali na stronie, to ten cholerny kubek i sztućce bym zabrała. A oni się dziwią, że taka niezbyt obyta ze służbą zdrowia jestem.
  • Ze względu na utratę krwi byłam słaba jak dętka, jak mi położyli Córcię z prawej strony, to tak leżała, a ja nie miałam siły jej przełożyć  Usiłowałam wiec ją karmić na leżąco, podpierając się na zgiętej ręce i celując sutkiem do jej ust. Wiem, że to nieprawidłowo  ale nie byłam w stanie zrobić niczego innego, a nikt nie kwapił się do pomocy i chociażby przełożenia, czy podania dziecka w innej pozycji. Przebiłam więc sobie wenflonem żyłę, zrobiłam cudny wylew i upieprzyłam opatrunek. Jak zajrzała położna poprosiłam o wymianę opatrunku, ona na to – to potem przy okazji 🙂
  • Wieczorem wpadła położna i mówi – kąpiemy dzieci, ale tylko te, dla których matki mają ręcznik. Na nieszczęście miałam ręcznik i ona chciała po kilku godzinach od poporodowego mycia znów myc moją malutką. Oczywiście trzeba było się ostro postawić i nie wyrazić zgody.
  • Jeśli chodzi o sprawy higieniczne – brak papieru toaletowego, brak podkładów na łóżko, brak prześcieradeł na zmianę, cud że lignina była.
  • Godzina 23.00, dzieci na naszej 3-osobowej sali zasnęły  a tu drzwi się otwierają, położna jebut górne światło, maluchy w płacz – noworodki zostały zabrane na badanie słuchu;
  • Północ, położna przyszła z nakazem przewijania dzieci co 2 godziny i karmienia co półtorej  W dupie miałam te nakazy, Florencja sama zmęczona porodem spała jak kamień przez 6 godzin.
  • 5.00, górne światło jebut, mierzą nam temperaturę (dodam, że w sali i tak zapalona była lampka, żebyśmy dzieci widziały, więc co personel nas nie widział?);
  • 5.30, górne światło jebut – pobierają nam krew;
  • Godziny przedpołudniowe – wchodzą 4 gąski w mundurkach i mówią – proszę odsunąć kołdry, następnie jedna TYMI SAMYMI DLA CAŁEGO ODDZIAŁU SZCZYPCAMI odgina nam podkłady, leżymy z tymi zakrwawionymi ligninami między rozłożonymi udami i słyszymy że zaraz będzie obchód. No i co robią gąski – otwierają na całą szerokość drzwi i zapierają krzesłem, a tam łażą ludzie po korytarzu i mogą sobie nas i nasze podkłady pooglądać  Rozdarłam się już wtedy – proszę zamknąć te drzwi, co to jest PRL do cholery? No i w tym momencie wchodzi ordynans wraz ze świtą. Obchód polegał na luknięciu w nasze wydaliny i wydzieliny oraz dosłownie przedstawieniu z nazwiska pacjentek. Przeszli do mnie i słyszę – to jest pani Ameba, hematokryt 24 (pierwszy raz dowiedziałam się o jego wartości, nie tylko ja się dowiedziałam, bo i dwie pozostałe dziewczyny. Ale to tak w ramach tajemnicy lekarskiej). Pytam osłupiała – jaki mam hematokryt? Ordynans i świta zamilkli i patrzą na mnie, a następnie bez słowa przechodzą do pacjentki obok.
  •  Obchód neonatologiczny (godzina 13.00) – lekarz zatrzymuje się przy moim łóżku i pyta – czy pani dziecko jest zdrowe? Zdobyłam się na spory wysiłek umysłowy, odgrzebanie swej wiedzy pediatrycznej i instynkt macierzyński i mówię – według mnie zdrowe. Moja ocena wystarczyła lekarzowi, bo nawet Florencji palcem nie tknął.
  • Chwilę po 13.00 przyjeżdża Marcin, jak na dobrego męża przystało postanawia iść do lekarzy zapytać o stan żony i dziecka. Od ginekologa otrzymuje odpowiedź, że ze mną jest ok i jestem już przeznaczona do wypisania dzisiaj (mi tego NIKT nie powiedział), natomiast neonatolog się oburzyła. Stwierdziła, że jestem o wszystkim informowana, więc o co Marcinowi chodzi. On uparcie pyta o stan dziecka i planowane jeszcze badania, szczepienia. Babsztyl w końcu mówi  że z dzieckiem ok i już niczego nie planują.
  • W międzyczasie okazuje się, że z powodu grypy zrobili zakaz odwiedzin na oddziale, mąż leżącej obok mnie dziewczyny nie mógł nawet wejść i dać jej kupionej wody, powiedziano mu, że wszystko tu mamy i niczego nie wolno przynosić (w salach temperatura 30 stopni, człowiek dyszał i parował jak głupi, a poza kubkiem picia do posiłków nie przysługiwała dodatkowa porcja kawy zbożowej, czy herbaty, jak ktoś nie miał swojej wody musiałby chyba żłopać kranówkę – ciekawe skąd pokarm).
  • Jak dowiedziałam się o zakazie odwiedzin, mówię do Marcina żeby nas natychmiast stąd zabrał, bo ja nie jestem w stanie przez kolejną noc zająć się dzieckiem. Nie spałam 60 godzin, jak wstawałam świat wirował mi przed oczami, pokarm się zatrzymał, żadnego zainteresowania ze strony personelu.
  • Koło 15.00 Marcin poszedł do dyżurki położnych z prośbą o przygotowanie wypisu na własne żądanie. Babsztyl podniesionym tonem – a kto o tym zdecydował!? Marcin spokojnie – ja z żoną. A ona na to, że idzie do lekarza dyżurnego. Marcin poszedł po fotelik samochodowy, a ona w tym czasie do mnie – że jestem nieodpowiedzialna, że powinnam mieć świadomość, że to dziecko wstrzymało mój wypis. No i rozpętało się piekiełko, bo od słowa do słowa okazało się, że z powodu Florci nas nie wypisano gdyż nie miała skończonej pierwszej doby. Gdyby obchód neonatologiczny odbywał się o 14.30, a nie 13.00, albo gdybym urodziła 1,5 godziny wcześniej to by nas wypisano planowo. Oczywiście próba manipulacji i wywołania we mnie poczucia winy obiła się o ordynatora, co z kolei skutkowało popłakiwaniem pani położnej.
  • Gdy czekaliśmy na papiery i pakowaliśmy bambetle nagle drzwi się otwierają i na salę wchodzi pani fotograf z Gazety Wyborczej z prośba o pozwolenie na zrobienie zdjęć dzieciom i z jednym kocykiem służącym jako tło do zdjęć dla wszystkich dzieci z oddziału. Więc ja pytam kurwa – co to za grypa i zakaz odwiedzin? Wybiórczy dość.
  • No i wróciliśmy szczęśliwie do domu 🙂
To która ma ochotę rodzić po ludzku w szpitalu przyjaznym matce i dziecku? Mam wrażenie, że szpitale są przyjazne tylko personelowi (zwykle personelowi pierwszego stopnia ha ha).

Rodzić po ludzku nie oznacza nic innego, jak rodzić w towarzystwie przedstawicieli Homo sapiens i żadnych daleko idących wniosków z tego sloganu proponuję nie wyciągać, bo się rozczarować można.

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.