Dzień dobry bardzo wszystkim z drugiej strony ekranów, monitorów i tym podobnych wynalazków.
Florcia przysnęła na chwilę, a ja łudzę się, że zdążę napisać post.
Zgłębiam zasady gry, której nazwa macierzyństwo. No i coraz lepiej wszystko łapię. Śmieję się, że skoro udało mi się utrzymać noworodka przy życiu przez ponad 2 tygodnie i jeszcze spowodować, że przybiera na masie, to całkiem niezła matka ze mnie 🙂
A oto moje małe sukcesy, których wprawdzie nie osiągam na okrągło, ale zdarzają się i tyle niespodziewanej radości i satysfakcji niosą:
- Zaparzyć sobie, a następnie wypić jeszcze GORĄCĄ herbatę – bardzo ważne osiągnięcie, udaje mi się mniej więcej ze 2 razy na dobę;
- Zjeść ciepły obiad przy stole, a nie nad wiszącym u piersi dzieckiem – możliwe tylko gdy Marcin jest w domu, ale za to jak wtedy smakuje!
- Napisać post na blogu – sami zobaczcie po ilu dniach mi się to udało 🙂
- Umyć i wysuszyć włosy – umyć udaje mi się codziennie, wysuszyć co drugi dzień;
- Przytulić się do męża w łóżku, bez Florencji zalegającej między nami – jak na razie udało to nam się 3 razy w przeciągu 2 tygodni;
- Upiec muffinki – wyszło nam 2 razy, ja robię ciasto, Marcin dogląda babeczek w piekarniku. W końcu tworzymy dream team!
- Zrobić samodzielnie zakupy w sklepie – 1 raz mi było dane. Ręce mi się trzęsły i wkładałam do koszyka co popadnie, bo jakoś tak szybciutko chciałam wrócić do męża i dziecka;
- Nie wyciągać dziecka z łóżeczka w celu przytulania go i wąchania – walka trwa całą dobę poza porą nocną, kiedy to Florcia śpi z nami i możemy bez przeszkód oddać się powyższym fetyszom.
Znalazłam już nawet trochę błędów, które uniemożliwiają mi w miarę normalne funkcjonowanie. Otóż jak córcia zasypia, ja rzucam się na ogarnianie domu (raaaany, skąd tyle prania i prasowania przy takim maleństwie?) i nie bardzo zostaje chwila wolna na zajęcie się firmą, czy chociażby kontaktem z blogowym światkiem. Ale niestety nie umiem zająć się czymkolwiek, jeśli suche pranie wisi na suszarce, kot zamiast sierści ma dredy, a po podłodze walają się zadziwiające ilości paprochów.
Jestem też troszkę z siebie dumna, bo Marcin wrócił na dyżury (jeszcze 2 tygodnie temu byłam pewna, że to koniec jego pracy w służbie zdrowia i że w ogóle na krok z domu go wypuszczać nie będę), Florci odpadł kikut pępowiny, mamy już z głowy wizyty położnej, no i radzimy sobie ze wszystkim sami. Nie jesteśmy obstawieni rodziną, co okazało się dość niepopularne. Na łono firmy powróciłam, nawet 2 zlecenia obsłużylam, rok 2012 w naszych firemkach zamknęłam i mam znów wypełniony zamrażalnik obiadami na Marcinowe dyżury.
Jeśli chodzi o sprawy etatowe, to jestem na macierzyńskim. W tym głupim kraju jest to przymusowe, nie można na macierzyński nie iść. Horror, idiotyzm, draństwo, kuriozum. Prowadzić działalność sobie mogę, ale wywiązywać się z etatu nie. Nie sądziłam, że nasze państwo stać na taką rozrzutność, a może powinnam powiedzieć że nikt tego nie przelicza na pieniądze (a powinien, powinien). Zastanawiam się czy jest to zgodne z konstytucją. Jak się ma taki przymusowy urlop macierzyński do prawa do zarobkowania jakie mamy? I w ogóle o co chodzi, o dobro dziecka? Jeśli tak, to tylko o dobro dzieci rodziców na etacie, skoro szczęściarze z działalnością mogą sobie pracować Nawet z tym etatem nie jest to takie proste, bo mogę wykonywać w ramach zlecenia pracę na rzecz uczelni, pod warunkiem, że nie będę wykonywała obowiązków, jakie mam w umowie etatowej. Nie mogę więc uczyć studentów, nie mogę też pracować naukowo, ale jakby ktoś mi zlecił parzenie herbaty – to i owszem mogę. Popierdolone. Cieszę się, że nie załapię się roczny urlop macierzyński, bo w łeb można by sobie strzelić. Niech zaznaczę jasno – nie jestem przeciwniczką urlopów macierzyńskich (bez względu na ich długość), jestem przeciwniczką ich przymusowości. Mam nienormowany czas pracy, wszystko co było do zrobienia poza domem, ogarnęłam w semestrze zimowym, teraz w wolnych chwilach mogłabym się oddać pracy nad publikacjami, ale formalnie mi nie wolno. Mało tego, zostałam zmuszona do informowania pracodawcy o stanie mojej rodziny no i stanie mojego zdrowia, to też mnie wkurwiło. Kogo to obchodzi czy mam dzieci, i ile ich jest. Jeżeli nie mam obowiązku informowania nikogo o swojej ciąży, to dlaczego mam obowiązek wysyłania na piśmie informacji jasno mówiącej, że jestem w połogu? Nie lubię takiego wpierdalania się państwa w moje życie.
No i na koniec coś dla Ofczusi, której do oceny mojej kondycji służą informacje o moich wypiekach:
Jest już nieźle prawda?
