Słoń do wkładania
Za godzinę wybije północ, otworzyłam sobie amebowo i staram się zebrać słowa, które pięknie mi się układają w myślach w najmniej odpowiednich warunkach. Gdy warunki stają się sprzyjające, po pięknym układzie nic już nie pozostaje.
Najlepsze teksty na bloga pojawiają się w mojej głowie podczas rutynowych czynności – prasowanie, odkurzanie, karmienie piersią, spacer z śpiącą czasem Jaśminką. Czasem śmieję się sama do siebie, więc Marcin pyta – Z czego się śmiejesz? – Z niczego, ułożyłam zabawny tekst na amebowo.
Potem teksty cichną jak echo. Zatraca się ich rytm, niknie gdzieś puenta. No, ale oczywiście nie o tym chciałam pisać.
Chciałam napisać o słoniu do wkładania, o powodach do uśmiechania, o książce, którą czytam, o sprawach, przez które w lesie znikam. O zmęczeniu, o rytmu zgubieniu, o grubej dupie i dyniowej zupie.
No i raczej nie napiszę, siedzę sobie spięta i czekam aż Jaśminka zażąda przyssania się do matczynej piersi. Nasłuchuję oddechu Florki i zastanawiam się, czy może tę noc prześpi.
Kolejna doba (godz. 3.50):
Wstałam, po 4-godzinnym naprzemiennym ciumkaniu i przysypianiu Jaśminki. Marcin waruje u Florki, która śpi jak przysłowiowy zając pod miedzą i jeszcze ten płochy sen przeplata nocnymi okresami niespania. Wczoraj na przykład wstała około 3.30, przyszła do nas z książeczką i usiłowała zaświecić górne światło żeby czytać. Nasz cichy protest i próba sprawnego zabrania jej z pokoju, spotkał się z dzikim jazgotem z jej strony i obudzeniem Jaśminki. Potem leżałam z niemogącą spać Florką do 5.00, a gdy usnęła, Jaśminka znów zażyczyła sobie piersi. I taka jazda trwa dobry miesiąc, dzień w dzień.
Pogubiłam się w tym wszystkim, a raczej zupełnie zgubiłam siebie i nie wiem gdzie jestem. Jestem zmęczona, permanentnie wkurwiona, z kruchej równowagi wyprowadza mnie byle gówno. Nie biegam, nie dbam o siebie, mój mózg wyje prosząc o jakikolwiek wysiłek. A ja okopałam się na pozycji – bierny opór, na złość sobie i całemu światu. Czuję się, jakby dziewczyny zagoniły mnie w kozi róg i orzekły – szach mat.
Wczoraj zaproponowałam nieśmiało Marcinowi, żebyśmy wsadzili je razem do okna życia i dołożyli jeszcze kota i Furbiego, który intensywnie eksploatowany ciągle gada, uszami macha i oczami świeci.
Dobrze, zostawmy te rodzicielskie zgryzoty, bo ja o naszym dzielnym przedszkolaku chciałam głównie napisać. Otóż Florka lubi swoje przedszkole, dziarsko do niego uczęszcza, żegna się szybkim buziakiem i pędzi bawić się z dziećmi. Na matczyne napominanie w szatni – pamiętaj, jak będziesz chciała siusiu lub kupę, powiedz pani. W odpowiedzi moje dziecko rozkłada swoje niespełna trzyletnie łapki i mówi do mnie wielkimi literami – NO OCZYWIŚCIE MAMO.
Jesteśmy zaskoczeni i szczęśliwi, że tak łatwo się przystosowała. Odbierając ją za każdym razem słyszymy – Florka jak zwykle bez problemów, posiłki pięknie sama jadła, grzeczna, współpracująca, bez humorów. Rozczula mnie widok tego mojego skrzata, z plecaczkiem, zaplecionymi włosami i wyciągniętą w stronę rodzica rączką – no dalej, idziemy! Zabawne było, gdy uleciało jej gdzieś słowo”plecak” i chcąc zapakować jakiś drobiazg przed wyjściem zakrzyknęła – a gdzie jest mój słoń do wkładania?

Żeby rodzicom nie było nudno, Florka zachwycona bajkami z serii „Dora poznaje świat”, biega od kilku dni po mieszkaniu i podśpiewuje – say backpack, say backpack, say backapak, backpack, backpack!
Zrobiła się 5.00, jestem zmęczona, nie chce mi się nic więcej pisać. Tramwaje wyruszyły w trasę. Idę przytulić się do Jaśminki i może zmrużę na chwilę oczy.
Ameba