Jesienne przypadłości
Na skutek braku czasu, pewne rzeczy się pomnażają – pomnaża mi się amebowo. Mam dość pojawiających się i znikających myśli, których nie potrafię odtworzyć w hałasie i wiecznym niedoczasie.
Kupiłam sobie w Tesco słodki, dziewczyński i nieprzystający do mojego wieku zeszyt. Zabrałam go na spacer, spakowałam jeszcze pióro i młodszą córkę wraz z córkowym ekwipunkiem. Zobaczymy co mi z tego piśmienniczego eksperymentu wyjdzie.
Obiecałam sobie, że nie będę nakładać cenzury podczas przenoszenia wpisów z wersji papierowej na elektroniczną.
Ja w ogóle taka z poprzedniej epoki trochę jestem. Kupiłam sobie „Hell Or Highwater” Davida Duchovnego w formacie mp3 i nawet nie przesłuchałam. Pewnie nie przesłucham, dopóki płyty nie kupię. Nie dla mnie e-booki i audiobooki, a filmy najchętniej oglądam w kinie. Ale czego można się spodziewać po kimś, kto uparcie uciera ciasta ręcznie, w makutrze wprost z Bolesławca?
Modzie na e-papierosy też się dziwię. Patrzę na stada gówniarzy, damulek, statecznych panów, obnoszących się z tymi śmiesznymi inhalatorami z nikotyną i myślę – podróba, a nie prawdziwi palacze. Prawdziwy palacz nie zrezygnuje z zapachu, jaki dochodzi z świeżo otwartej paczki fajeczek, z cichego szelestu, jaki towarzyszy przetaczaniu papieroska pomiędzy palcami. Nie zrezygnuje z całego rytuału gestów, charakterystycznego dźwięku zajmującej się od ognia bibułki i tytoniu. No i zapachu. Lubię zapach spokojnie wypalanego, dobrego papierosa. Chyba jestem niezłym materiałem na nikotynistkę.
Ostatni miesiąc mieliśmy jakiś taki nienajlepszy. Zeszły tydzień też był do dupy. Szarpiemy się ze sobą, Florka szarpie się z nami, Jaśmince wychodzi 7 zębów na raz, a kot wyrzyguje kłaki. Nie opuszcza mnie poczucie kiepsko zrobionej pracy, miernego wywiązywania się z obowiązków. Nie lubię złej jakości. Chciałabym być z nas zadowolona, wiedzieć gdzie jestem i do czego dążę, chciałabym poczuć harmonię.


Któregoś dnia, z tej całej niemocy uciekłam. Zdjęłam rolki, założyłam rozdeptane buty. Ciskając gromy i niecenzuralne słowa w kierunku męża wyrżnęłam rolki do śmietnika, a następnie uciekłam w las. Biegłam stanowczo za szybko, zadyszałam się jak lokomotywa, co tylko mój wkurw spotęgowało. Przeszłam na szybki marsz i poszłam sobie daleko, daleko, aż klapnęłam na zwalonym pniu, żeby trochę porozmyślać. Z jednej strony czułam triumf z powodu tak demonstracyjnego zaznaczenia, że jestem odrębnym bytem, który to do tej odrębności ma prawo. Do tego gówniarska satysfakcja – a ty się teraz martw chłopie. Potem przyszły wyrzuty sumienia, bo jestem bez komórki, Marcin nie wie gdzie mnie poniosło i kiedy wrócę. Florka w przedszkolu, Jaśminka będzie chciała do piersi. No i co zrobiłam? Podkuliłam ogonek, stwierdziłam, że brak kluczy i telefonu jest jednak niezbyt odpowiedzialnym posunięciem i zawróciłam w stronę porzuconej rodziny. Cały czas tylko myślałam – niech oni mnie nie szukają, bo jak zaczniemy nawzajem się szukać po rozległym Myślęcinku to do wieczora się nie znajdziemy. Nadal mam tego samego męża, mój mąż ma wciąż tę samą żonę, tym razem jeszcze się nie zatłukliśmy.





A z kaloszami to było tak… Ja zamówiłam, kurier przywiózł, Florka przymierzyła i zdjęcia ich odmówiła. Moja starsza córka prawdziwą kobieta jest i podobnie jak jej matka wyznaje zasadę, iż nie ma przyjemności ponad nowe buty. Jakimś cudem nie poszła spać w kaloszach, chociaż określenie spać to chyba przesada. Florka raczej czuwała, a ja warowałam w łóżku przy niej. I gdzieś nad ranem czułam, że zaczynam odpływać w objęcia Morfeusza, lecz do rzeczywistości przywrócił mnie szczebiot – A co to? A co to mamo? Descyk pada? Chodź, chodź mamo, załozymy kalosze i idziemy na kałuze! I owszem – deszczyk padał, kałuże były mizerne, ale co o 5.00 rano im się dziwić. Udało mi się spowolnić córkę na tyle, żeby wstawić kawkę w ekspresie i nawet wypić pół kubka. A następnie nieumyta, kawą nienapita, rozczochrana, założyłam spodnie, bluzę, naciągnęłam na głowę kaptur, wsadziłam bose stopy w buty i poszłam wraz z rozszczebiotanym dzieckiem ku kałużowemu przeznaczeniu. Chwyciłam jeszcze aparat, by w ramach małej satysfakcji chociaż jakieś zdjęcie deszczolubnej pannicy strzelić. Wprost z pierwszej napotkanej kałuży zadzwoniłam do mojej mamy – bo dlaczego inni mają spać skoro ja nie śpię?
No i tak na marginesie dodam, że jestem zadowolona z zakupu kaloszy Aigle. Dobrze leżą na szczupłej nodze Florki i są miękkie. Wygodnie się w nich córce spaceruje. A wszystko dlatego, że poza podeszwą są one zrobione z naturalnego kauczuku. Na dodatek (co było dla nas niespodzianką), białe kwiatki wybarwiają się delikatnie pod wpływem wody na czerwono, żółto i niebiesko. Kalosze do kupienia w Zalando (https://www.zalando.pl/aigle-lolly-pop-kalosze-niebieski-ai213j000-k11.html)


Dostałam od mamy „Oddech” Moniki Jaruzelskiej. Najpierw nie chciałam po tę książkę sięgać, bo nie czytałam „Towarzyszki Panienki” ani „Rodziny”. A ja jestem oczywiście miłośniczką zasady – PO KOLEI. Korciło mnie jednak, żeby chociaż do „Oddechu” zajrzeć. Jak zajrzałam, to się szybko w połowie znalazłam. Zanim drugie pół przeczytałam, zamówiłam brakujące dwie poprzednie książki i jeszcze jedną, do której i tak dawno się przymierzaliśmy – Generał Wojciech Jaruzelski w rozmowie z Janem Osieckim.
Jeśli chodzi o Monikę Jaruzelską, oświadczam, że odnalazłam swoją pokrewną duszę. I nie chodzi tu tylko o styl pisania, ale i poczucie humoru, dystans, sposób komentowania pewnych wydarzeń, formułowania myśli. Tyle spraw ujmujemy w identyczny sposób. Poza tym, skłamałabym, gdybym napisała, że nie byłam ciekawa tej rodziny.
Zatrzymać się też chciałam na chwilę przy wspomnieniu z dzieciństwa dotyczącym Generała Jaruzelskiego i mojej babci Kasi. Do tego zacnego grona można dołączyć jeszcze Jana Pawła II. Oglądając kiedyś Dziennik Telewizyjny, babcia powiedziała – Aluniu, jak w telewizji jest Papież to powinnaś uklęknąć, a jak Generał Jaruzelski, to stój na baczność. No i stosowałam się, ale do drugiej części babcinej prośby. Najwyraźniej już wtedy pyszna byłam i klękanie przed kimkolwiek było mi nie w smak. Pamiętam, że nawet po śmierci babci, gdy Jaruzelski pojawiał się w telewizji i nikogo akurat w pokoju nie było, ja puszczałam oko do wspomnień i do babci, a następnie przyjmowałam pozycję na baczność.

Po przepis zapraszam tu: http://bezmiksera.pl/tarta-z-jezynami-i-figami/

Szaleństwo na buty New Balance zaczęło być wypierane prze superstaromanię. Butom New Balance się oparłam, a w sumie opierać się nie musiałam, bo kompletnie mi się nie podobają. No ale „Superstary” to co innego. A na dodatek blogowy światek zwariował na punkcie ich personalizacji. Szybką personalizację przeprowadziłam i ja, mam swoje amebowe Superstary.