Uciekłam sobie znowu stąd. Co tu dużo mówić, trudny czas miałam. Durna baba ze mnie, wciąż się miotam i miotam, sama ze sobą do ładu dojść nie mogę. A wkurzam siebie samą, że HEJ!
Rozwodziłam się nawet w tych ostatnich dniach i bloga likwidowałam. W ogóle popiół i zgliszcza po sobie planowałam zostawić. Po pierwsze nie wiem od czego zacząć, po drugie nie sądzę, żeby słowa mogły właściwie oddać to co się we mnie kotłowało.
No powiedzmy w skrócie, że przez to karmienie cycem na krótkiej smyczy się czuję, a ja do smyczy nie przywykłam. Odmówiłam nawet prowadzenia w tym semestrze zajęć właśnie z karmienia naturalnego, to co powiedziałabym studentom raczej poprawne politycznie by nie było.
Żeby nie było wątpliwości – karmię naturalnie i przynajmniej do skończenia 6 miesiąca karmić planuję, bo korzyści z tego dla dziecka są bezdyskusyjne. Ale… Ale dla mnie to nie jest takie cudowne, wzniosłe, jak się wszędzie przedstawia i jak ja sama do głów studentom kładę. Uwiązana jestem jak pies do budy to jedno, a po drugie świnię wszystko w nocy, bo niewykonalne jest dla mnie nocne spętanie piersi stanikiem. Przecież do cholery nie będę nosiła staniora non stop przez pół roku. Staniki karmniki mnie rozczarowały, bo bardziej służą do trzymania wkładek laktacyjnych, niż do trzymania mojego dużego, wezbranego biustu. Do tego Florcia zrobiła sobie z moich sutków smoczek i na każdą niedolę ma jedno wyjście – cyc.
Zupełnie inaczej dziś bym te zajęcia z żywienia dzieci poprowadziła. Może właśnie powinno się przygotować młodych lekarzy na problemy z jakimi borykają się świeżo upieczone matki. Przecież tyle kobiet rezygnuje z karmienia naturalnego, bo jest ciężko i są tym zaskoczone. To tak troszkę, jakby komuś wmawiać przed pierwszym borowaniem bez znieczulenia, że to nie boli. Gdyby tak poza wtłaczaniem do głów korzyści płynących wraz z mlekiem matki, przygotować też babki na górki i dołki z tego wynikające. Na bycie na każde skinienie malucha, na pobolewające brodawki, na momenty kiedy zdaje się że piersi nie nadążają za potrzebami dziecka, na zmieniający swe rozmiary biust, może wtedy łatwiej byłoby kobietom wytrwać w karmieniu naturalnym. No, ale ja wcale nie o tym dziś chciałam 🙂 chyba dość bełkotliwy post mi wyjdzie 🙂
Chciałam o tym, że nie wytrzymuję tego samotnego, 12-godzinnego spędzania czasu tylko z Florką. O tym, że irytuje mnie to, ze nie mam czasu na sport, że trudno jest mi skończyć jakąkolwiek zaczętą czynność, że firmą się strasznie dawno nie zajmowałam. Jednym słowem – czuję się mlecznym cyckiem i niczym więcej. Brakuje mi samej siebie. A z drugiej strony sama nie daję sobie prawa do odetchnięcia od tego. Marcin cudownie zajmuje się malutką, tyle razy mówi po swoim wieczornym powrocie – nakarmiłaś, to ja się córką zajmę, a ty idź chociaż do wanny, pianka, maseczka, książeczka, odetchnij. A ja co? A ja nie, czuję się w obowiązku poczekania aż maluch zaśnie. Nie umiem i tyle. Tak samo po nocnym karmieniu, M bierze malutką do odbicia i uśpienia, a mnie prosi, żebym się położyła i odpoczęła. A ja nie wyobrażam sobie zasnąć, jak on z Florcią w nocy walczy. Ot wariatka i tyle. Tak samo z tym karmieniem piersią, na które tyle narzekam, drę się w domu, odgrażam przejściem na butelkę. W zeszłym tygodniu Florci potrzeby wzrosły dość skokowo, a ja miałam ciągłe wrażenie pustych piersi. Poryczałam się ze strachu, że pokarm mi się kończy i na pomoc do Mistrza dzwoniłam w niezły ubaw go wprawiając. A jak laktacja do potrzeb dziecka się dostosowała, ja znowu w rozpacz, że cycki wielkie, ciągle pełne, a mała mnie na „krok” nie odstępuje.
Dość mam samej siebie i tej wiecznej huśtawki. Sama jestem sobą zmęczona, strach pomyśleć co czują najbliżsi. W sumie to dostałam jedną karę. Nie schudłam ani grama przy tym karmieniu. Córka przybrała w niecałe 2 miesiące z 2830g do 4200g , a ja lżejsza ani ciut nie jestem. Jedyną zmianą jest to, że w kółko mam ochotę na pomelo i krewetki. Pomelo pożeram codziennie, a wczoraj za krewetkami język do tyłka mi uciekał. Uratowało go zamówienie do domu noodle w pudle z krewetkami w okolicach godziny 21.00. W ciąży żadnych zachcianek nie było, to teraz nadrabiam.
Może jednak nie zlikwiduję bloga co?
Bułeczka domowa ze słonecznikiem dla wiernych czytelników (Florencja po wczorajszym szczepieniu śpi dzisiaj jak borsuk, więc zdążyłam upiec).
