Niemoralna propozycja
Od ładnych kilku lat blogerzy – blagerzy przestali ukrywać, że zarabiają na prowadzeniu stron internetowych. Jak to w każdej społeczności bywa, jest i blogowa elita, która bardzo dobrze sobie radzi w tym reklamowym biznesie. A skoro tak, jest i cała rzesza, chcąca do tej elity dołączyć. Niestety, zamiast pracować nad pozycją swojej strony w wyszukiwarkach oraz przepływem przez nią czytelników, psują reklamodawców przystając na często śmieciowe formy gratyfikacji za zamieszczenie reklamy.
Odkąd moja kulinarna strona zyskała pewien poziom popularności i znalazła się w grupie blogów o jakoś tam atrakcyjnym potencjale reklamowym, zaczęły do mnie spływać propozycje współpracy przyprawiające o niedowierzanie i rechot pępka. Im mniej poważna propozycja, tym złożona w mniej kulturalny sposób i tym większe oburzenie z powodu odmowy. Tak więc nie wymieniam się linkami, nie przystaję na umowy barterowe i nie biorę udziału w eliminacjach do kulinarnego show TVNu (chociaż muszę przyznać, że TVNowska propozycja mile mnie połechtała i wszystko odbyło się kulturalnie, z wszystkimi proszę, dziękuję i tak dalej).
Najbardziej kuriozalną formą „współpracy” z jaką się do mnie zgłoszono, była propozycja pewnej firmy sprzedającej artykuły do dekoracji domu. Nazwy badziewiarzy nie wymienię, bo nie będę ich w żaden sposób reklamować. Otóż zapytano mnie, czy nie byłabym zainteresowana współtworzeniem walentynkowego postu. Oni chcieliby zamieścić na mojej stronie zdjęcia z propozycjami aranżacji walentynkowego stołu, a ja przygotowałabym przepis i zdjęcia jakichś słodkości. Ok, dlaczego nie, dopytuję więc o szczegóły dotyczące terminu, liczby linków wychodzących do ich strony, czasu przez jaki post miałby „wisieć” jako pierwszy na stronie, zapytałam również o warunki finansowe. Odpowiedź z ich strony rozłożyła mnie na łopatki. Otóż korespondująca ze mną pani, z wysoko zadartym nosem poinformowała mnie, że nie mają w zwyczaju płacić za udostępnianie swoich zdjęć. Czyli powinnam z radości ich w dupę cmoknąć, za to, że mogę umieścić ich zajebiste zdjęcia na mojej badziewiarskiej stronce.
Ponieważ Marcin usilnie pracuje nad moja formą komunikacji z innymi i stara się mnie przywrócić społeczeństwu, wzbiłam się na wyżyny mych możliwości i odpisałam uprzejmie się dziwiąc. Zasugerowałam zajście pomyłki, przypomniałam, że to oni są zainteresowani zamieszczeniem swoich zdjęć na mojej stronie, a nie odwrotnie. W kolejnym mailu, pani bardzo się pokajała, przyznała że faktycznie zaszło jakieś nieporozumienie i że proponują mi voucher na kwotę 150 zł do wykorzystania w ich sklepie internetowym. Voucher mogę zrealizować, jeśli wydam co najmniej drugie tyle na ich artykuły. Pękłam ze śmiechu i uprzejmie odpisałam, że tego rodzaju współpraca nie jest korzystna dla mojej firmy. Potem były jeszcze próby licytacji z ich strony i podnoszenie wartości vouchera, aż wreszcie skapitulowali.
Tak sobie więc myślę, że taka „niemoralna propozycja” nie byłaby mi złożona, gdyby inni się na nią nie godzili. A dlaczego się godzą, nie jestem w stanie zrozumieć. Nie dość, że reklamują kogoś na swojej stronie, to jeszcze mu płacą realizując voucher i na samym wejściu do sklepu sprzedają swe dane, bo bez zalogowania na stronę nie sposób się dostać.
Podejrzewam też, że większość barterów nie jest wcale barterami. Wszystko odbywa się „na pysk”, bez umowy, bez wprowadzenia do ksiąg podatkowych. Poza tym umowa barterowa pomiędzy VATowcem i nie-VATowcem nie jest możliwa, a pokażcie mi ilu blogerów prowadzi działalność gospodarczą i na dodatek jest w grupie podatników odprowadzających VAT (wiem o dwóch, a podejrzewam o to około ośmiu). Tak więc, ja tobie wyślę próbeczkę, dupeczkę, książeczkę, kubeczek, a ty mi wstawisz link – tak to chyba funkcjonuje.
Co więc zrobić, jeśli chcesz na blogu zarobić? Pełnej recepty nie znam, a niekompletna wygląda tak:
- Blog powinien być tematyczny – łatwiej go wypozycjonować;
- Tematyka bloga (nie mogę przekonać się do odmiany blog-blogu) powinna być popularna (jednym z najczęściej wyszukiwanych haseł jest „przepis na” 🙂 );
- Bez wrzucenia pieniędzy w reklamę w wyszukiwarkach (zwłaszcza jednej) i portalach społecznościowych raczej się nie obędzie;
- Pisz prosto, najlepiej nie używaj zdań wielokrotnie złożonych, a jeszcze lepiej wstawiaj obrazki – współczesny człowiek coraz gorzej rozumie słowo pisane;
- No i kłam, kłam, kłam. Ludzie uwielbiają podglądać innych, więc sprzedawaj im historię jaką chcą czytać i niech myślą, że to twoje PRAWDZIWE życie.