Piorę, piorę, piorę no i się zapętliłam. Postanowiłam sobie, że pozbędę się wszystkich zaległości przed świętami. Dobrnęłam do momentu, że nie mogę włączyć kolejnej pralki z pościelą, bo cała suszarka jest obwieszona. Wyprasowałam dziś zaległości poupychane w szafach i obawiam się, że nie będę mogła wyprasować tego, co już jest wyprane i co na pranie czeka, bo w szafach zalegają mi dziwne paczki i pakunki i gdzie ja to włożę? Niech już nastanie Wigilia i niech te paczki zajmą swoje miejsce pod choinką. Zakupy jedzeniowe już mam w sumie zrobione, a że spędzamy Wigilię w moim rodzinnym domu, a drugie święto u M, niczego absolutnie nie muszę u nas pichcić. Zrobię pewnie kapustę z grzybkami dla akcentu świątecznego i ukochaną zupę śledziową M, która jest dla niego tym, czym dla mnie racuszki z sosem grzybowym. No i mam okna nieumyte 🙁 Planujemy w środę pojechać po choinkę, a nie bardzo sobie wyobrażam tego gościa w domu, jeśli okna nie będą lśniły. Odliczam godziny do powrotu M z ostatniego pogotowianego dyżuru – jeszcze 10 godzin.
Wracając jeszcze do tematu prezentowego, chyba mamy już dość tego zajobu. Postanowiliśmy, że w tym roku po raz ostatni prezenty będą w takim wydaniu, od przyszłego roku podarunki będą tylko dla najmłodszych. Mamy w rodzinie do obdarowania 18 osób, staramy się utrzymać w ryzach 100 zł na osobę. Co roku trudniej coś sensownego za tą kwotę kupić, a jak się wszystko doda, suma jest obłędna. Zaczyna to przypominać przerost formy nad treścią. I ja mam już tego po dziurki w nosie, przez to wszystko nawet my przestajemy sobie robić symboliczne podarunki. Wcale mi się to nie podoba, uparłam się, że w tym roku w nienaszym mieszkaniu, ale pod naszą choinką mają znaleźć się upominki dla naszej kocio-ludzkiej mini rodzinki.
Jakie świąteczne prezenty sprawiają Wam najwięcej radości? Mi zdecydowanie książki. Uwielbiam tą świąteczną ciszę, które zapada wszędzie wokół, choinkę ze świecącymi lampkami i to, że nie trzeba niczego robić. Można umościć się w fotelu z kawką, makowczykiem i czytać, czytać, czytać. Jestem stworem aspołecznym i nie cierpię świątecznych odwiedzin. Lubię ten czas spędzić na absolutnym luzie, z najbliższymi. Po przedświątecznym zamęcie kuchennym (który mnie ostatnio częściowo omija i pewnie będzie omijał dopóki sama wigilii nie będę przygotowywać), ślęczeniu z mamą nad makutrą, stolnicą, garami do późnych godzin nocnych, zawsze włos mi się jeżył, że będzie trzeba przywdziać strój świąteczny i znów krzątać się w oczekiwaniu na gości, potem po nich sprzątać i tęsknym okiem rzucać na pokój, w którym jest zamknięta zaczęta przeze mnie książka. Od jakiegoś czasu mam głęboko w nosie wszystkie „przyjęło się”, „należy” i „jak tak można”. Przy dzisiejszym galopie, święta to dla mnie czas w którym się nie spinam, nic nie muszę, nigdzie mi się nie śpieszy, czas tylko dla mnie i najbliższej rodziny. Chciałabym kiedyś w końcu spędzić święta bez jeżdżenia, ale dopóki nie będziemy mieli własnego dachu nad głową, pewnie będziemy lawirować pomiędzy naszymi rodzinnymi domami. Już czas, już czas na nasz dom, powiększoną rodzinę, wypracowywanie naszej rodzinnej tradycji. Ciągle o tym myślę i jeszcze bardziej frustruję się uciekającym coraz szybciej czasem. Zbliżają się urodziny, a ja słyszę jak zwykle – tik tak, tik tak, tik tak.