Na początek powinnam zakomunikować: syn! 🙂
Na własne oczy siusiaka w czwartek widziałam. I to wcale nie po wskazaniu go palcem przez lekarza, tylko zanim ginekolog temat płci w ogóle poruszył. A zanim na USG stało się to widoczne, ja najzwyczajniej w świecie czułam, że Maleństwo jest chłopcem. W sumie też źle powiedziane, ja wiedziałam, byłam przekonana i koniec. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że określanie płci w tak wczesnym etapie życia płodowego bla bla bla… Ale spokojnie, gdyby się okazało, że przewidzieliśmy się z lekarzem i będziemy podczas kolejnych wizyt mylnie oceniać obraz z USG, nic się nie stanie. Nie jestem nawiedzoną mamuśką kompletującą wyprawkę w kolorze niebieskim i histeryzującą w szpitalu, że dziecko podmieniono. Największą satysfakcję mam z tego, że moje przeświadczenie na tym etapie zostało potwierdzone przez 2 pary oczu 🙂
Marcin oczywiście się cieszy, ale nie jest to taka typowa radość w stylu kogucim męskim – spłodziłem syna. Jest to radość z tego, że dowiadujemy się o Brzdącu kolejnej rzeczy. Z informacji o córce, cieszyłby się identycznie. Bawi mnie reakcja męskiej części rodziny, którzy właśnie samcze kukuryku przejawiają. Irytują mnie nawet te stwierdzenia w stylu „i na dodatek chłopak!” Z kolei zaprzyjaźnione panie, bardzo często ślą mi coś w rodzaju słów pocieszenia – na pewno następna będzie dziewczynka.
I ja chciałam zapytać – czy szanowne towarzystwo oszalało? W czym jedna płeć może być lepsza od drugiej? Człowiek cieszy się z kolejnych informacji na temat dziecka i dzieli się nimi z bliskimi, a tu takie irytujące reakcje. Dobrze, to na tyle jeśli chodzi o sprawy denerwujące. Jeszcze tylko jedna nowość – czuję już ruchy! I od razu współczuję Marcinowi, bo wygląda na to, że Dziecko temperamentne po mamusi jest 😉
Z podwórka pozaciążowego: M przez cały tydzień uczęszczał na kurs doskonalący, egzamin zdał pięknie, kwitek dostał, więc mamy z głowy myślenie o punktach na jakieś 5 lat. No i wczoraj skoczyliśmy do Helu. Najwyższy już czas był na wykąpanie Malucha w morzu. W drodze powrotnej umęczyliśmy się jak prosiaki, bo korek ciągnął się przez cały półwysep, aż do Pucka. Więc jak po ponad 1,5 godzinie dotarliśmy do Władysławowa, zrobiliśmy objazd opłotkami i nakręciliśmy prawie 700km. Na jedną dobę jest to zdecydowanie za dużo. Dzisiaj planuję nie przeciążać Malucha pozycją siedzącą i przeprosić Go za wczoraj. Do tego mam pełen rozkwit pyłkowicy i bolące gardło. Praca idzie mi odwrotnie proporcjonalnie do kataru z nosa, widać to po zakurzonym blogu i mojej nieobecności u Was. Jeszcze troszkę i się u mnie unormuje, trzymajcie kciuki!