Godzina 20.00, za oknem ciemno, siedzę sobie w domu z kotem i przypominam czasy pogotowiane mojego Męża. Na samą myśl, że niebawem znowu będę musiała odzwyczaić się od wspólnych wieczorów i przyzwyczaić do dobowych dyżurów Marcina jest mi smutno. Lepiej zmienię temat, bo smęcic znów zaczynam.
W zeszły czwartek mój Mąż obchodził 31. urodziny. Pamiętam, jak po Jego ubiegłorocznych urodzinach, z okazji których został obdarowany teleskopem i tygodniowym wyjazdem nad morze głowiłam się, jakim cudem w kolejnych latach uda mi się ten prezent przebić. Kto by wtedy pomyślał o ciąży i o tym, że Maleństwo przyjdzie mi z pomocą. Otóż zrobiłam najprostszą rzecz na świecie, zabrałam Marcina na USG. Cały czas marudził mi, że jeszcze nie widział dziecka, że to niesprawiedliwe, że kobiety mają lepiej. No, to zobaczył. I wiecie czym się zachwycił? Zachwycił się pracą zastawek i pięknie widocznymi pierścieniami włóknistymi. Jak widać wciąga się Chłopak do nowego zawodu. Wolałabym jednak, żeby nie tylko dziecięce serduszko Go zachwycało, a całokształt.
Co tam jeszcze na froncie ciążowym? Powiedzmy, że głównie kopniaki. Rośnie w siłę Maleństwo, bo potrafi nieźle bombardować, zwłaszcza jak za długo w pozycji siedzącej jestem. Natężenie i siła ruchów wzrosła dość skokowo, nawet w poniedziałek po kanonadzie na tyle się przestraszyłam, że przeleżałam plackiem 5 godzin. Ha, nie wspominałam że i kot dostał bęcki od Malucha. Chciał się kudłacz przytulić, więc grzecznie ułożyłam się na lewym boku robiąc mu miejsce na tapczanie. On przycisnął się do mnie mrucząc, a tu nagle brzuch mi się zatrząsł od serii kopniaków i biedny kot patrząc na mnie z urazą poszedł położyć się w nogi. A myślałam, że takie rzeczy to tylko w filmach 🙂