Roztapiam się, płynę, rozpływam i żadna, ŻADNA siła nie zmusi mnie do prasowania! Patrzę na sobie na naszego futrzastego kota i radość z uszu mi tryska że z nas ludzi takie golce. No może panowie mniej niż panie, ale jednak.
Pourlopowy powrót do rzeczywistości jest bolesny i budzi sprzeciw. Humor poprawia mi tylko to, że wyglądam jak dziewczyna surfera: mam skórę w kolorze skorupki orzecha laskowego, blond czuprynę i „oczy tej małej jak dwa błękity…”.
Znalazłam plus takich upałów, nawet jak się do betonowo-asfaltowego miasta wróciło. Otóż występująca na obiad w jedynej roli głównej fasolka szparagowa i zimna maślanka w jedynej roli drugoplanowej nie budzą sprzeciwu mojego M. Czy ja już wspominałam, że wyszłam za mąż za anioła, ANIOŁA???!!!
A „nowe otwarcie” zapowiadane przed naszym ślubem przez mojego ojczyma odeszło już dawno w zapomnienie, w zapomnienie spowite w oparach C2H5OH.
Pozostając jeszcze moment w tematach chemicznych obwieszczam, ze mój G-Brat i jego Michasia dostali się na chemię. Farmacja im nie wyszła (oby wnioski wyciągnęli), ale jak widać dobrze sobie tyły zabezpieczyć.
Jest to czas powrotów z urlopu i powrotów blogowych. Ledwo zdążyłam się nacieszyć, że Żalówka dała znać, że żyje, to jeszcze okazało się, że nikt Mi:) w Australii nie zamordował ani żywcem nie pożarł, tylko się babsko leniło.