Ale mam dzisiaj nastrój, lepiej nie mówić. Jestem rozdrażniona, wnerwiona i znów wszystko w czarnych barwach widzę. Szef nie pojechał znów na radę wydziału. Wszyscy, z dziekanem na czele na te Jego liczne absencje patrzą krzywym okiem. Poza tym zdaje się, że nieobecni nie mają głosu. A chyba dzisiaj miało być głosowane przedłużenie nam umów (z 2-miesięcznym wyprzedzeniem, co nie jest standardową procedurą) i zwiększenie nam etatów do całego. Jak Profesor chce coś wywalczyć u władz uczelni, skoro Go tam ciągle nie ma? Mam wrażenie, że sam nie wie, czego chce, a w katedrze panuje bezkrólewie. Wściekłam się tym na tyle, że zastanawiam się w ogóle nad nie przedłużeniem umowy bez względu na wielkość etatu. Pokonywać co tydzień i to co najmniej raz 500 km, za 700 zł miesięcznie? A jak są zaoki, to pozostaje nam jechać 2 razy, albo tam nocować (oczywiście uczelnie za to nie płaci). Tak naprawdę w roku akademickim dymamy tam charytatywnie, całe pensyjki z połówek etatów w bak idą.
Kolejny powód do wkurwu, to mieszkanie. Byliśmy wczoraj oglądać mieszkanko u developera, u którego mieszkamy. No i mają ludzi za idiotów. Mieszkanie w internecie wisi za 300 tys., a jak się człowiek pofatyguje i z nimi umówi walą cenę 350 tys. No bo może klient to idiota i na rynku nieruchomości nie jest zorientowany. Do tego wszystko załatwione w tak obcesowy i nieżyczliwy sposób, że w markecie jest się lepiej obsłużonym. W związku z tym, pierdolimy ich i nie mamy już parcia na zamieszkanie u nich na stałe.
Kolejna rzecz – nie miała bab kłopotu, kupiła ciśnieniomierz. No i proszę, 160/94, zwłaszcza po rozmowie z domem. Bo w domu, mój szanowny macoch, mknie z prędkością światła po równi pochyłej alkoholizmu. Grześ wyjeżdża lada dzień do Poznania, w domu zostanie Mama i Adaś. A co za rok, jak i Adaś na studia pójdzie? Nie bardzo wyobrażam sobie, że Mama sama zostanie z tym nieobliczalnym, agresywnym gnojem.