Jak miło powrócić na swojego osobistego bloga :))) Z powodu internetowych zaległości, jakie nam zafundowała Era mieliśmy masę roboty z nadrobieniem zaległości firmowych, mailowych, bankowych, farmeramowych, zakupowych no i blogowych oczywiście! Ale pewne plusy tej sytuacji też dało się zauważyć. Ileż to czasu mieliśmy dla siebie na gadanie, przytulanie, spacerowanie, czytanie, odkurzanie języka angielskiego, nawet zrobiłam wszystko, żeby sobie nie przypomnieć o stercie prasowania upchniętej kolanem w szafie.
Pozostając wciąż w klimatach blogowo – organizacyjnych, obwieszczam, iż zamierzam założyć drugiego bloga – fotograficznego. Bo po pierwsze, miejsce na tymże blogu macierzystym mi się kurczy, a ostatnio coraz więcej mam Wam do pokazania. Po drugie, cierpię przecież na nadmiar czasu wolnego, zwłaszcza odkąd zajęcia ze studentami ruszyły w odległości małych 250km od naszego miejsca zamieszkania agrrrrrr. Jak swe zamiary zrealizuję, nie omieszkam o tym poinformować i gdzieś tu link się pojawi.
No, a teraz obiecane zdjęcia moich własnoręcznych wypocin.







I dla wyjaśnienia:
- Skrzyneczki i wiaderka nie zostały wykopane z prababciowego ogródka, tylko postarzone techniką decoupage. Brązowa skrzyneczka i wiaderko są polakierowane lakierem matowym (reszta przedmiotów błyszczącym).
- Brązowa skrzyneczka i wiaderko wbrew moim cudnym zdjęciom są największe spośród sfotografowanych wypocin.
M założył sklep w necie, po tym jak allegro nam nie przypasowało, no i teraz chce tam wsadzić moje postarzajki. A ja się boję. A czego się boję? Boję się zderzenia marzeń z rzeczywistością. Od kilku lat przymierzam się do mini galeryjki, trenuję cichaczem różne craft techniki i marzę o tym, że kiedyś moje wyroby komuś na tyle się spodobają, że zechce je nabyć. Boję się, że jak to nie wypali, ujdzie ze mnie powietrze całkowicie – zostanę bez marzeń, z bezsensownym hobby.