Zbliża się grudzień wielkimi krokami, znów narasta we mnie bunt i krzyk „nienawidzę zawodu mojego męża”. Czy to dziwne, że chciałabym spędzić z ukochanym Mężem Boże Narodzenie, sylwestra i Nowy Rok? Już wiem, że sama będę żegnać stary i witać Nowy Rok. Obecność Męża mogę sobie załatwić jedynie, jeśli się urżnę i wezwę pogotowie. Czeka mnie jeszcze niespodzianka, który dzień świąt spędzimy osobno.
Tak mało mamy czasu dla siebie. Chciałabym choć raz nabyć się z nim w ten magiczny czas. Chcielibyśmy wyjechac i pobyc w tym świątecznym nastroju razem, wyciszeni, bez obowiązku objeżdżania rodzin, żarcia, żeby nikomu przykrości nie zrobić. Wiecie, ja nie lubię świąt po polsku. Pewnie usłyszę od Was, że najważniejsze w Święta jest spotkanie z rodziną, przełamanie się opłatkiem. Zgadzam się, ale… Ale od lat u nas tak to wygląda, że jeden dzień świąt nam wypada, a zwykle w 2 pozostałe pędziło się do domów rodzinnych. I oczywiście pretensje: dlaczego tak późno, dlaczego nie jecie, dlaczego już jedziecie. Siły nie mam. I nikt nie pomyśli, że nie mamy w święta czasu na to żeby pobyć ze sobą, że święta spędzamy w samochodzie, a bycie z rodziną polega przede wszystkim na wciskaniu w nas jedzenia. I u Marcina w domu, podsycanie pretensji przez dalszą rodzinę, że nas nie widzieli od lat, że od rodziny się odsuwamy, że kiedyś tak nie było (czytaj zanim mnie poznał). Czy to takie dziwne, że jak już się wybierzemy do rodzinnego domu, to staramy się wybrać taki dzień, żeby spędu rodzinnego nie było, bo chcemy ten czas spędzić z najbliższymi, a nie biegać pomiędzy salonem i kuchnią za mamą obsługującą gości? Chciałabym się spakować i pojechać na święta nad morze. Może to i karygodne, konsumpcyjne, egoistyczne, może to i odejście od tradycji, ale w ten sposób mogłabym spędzić ten czas z Marcinem bez pośpiechu, zerkania na zegarek, pretensji i poczucia winy.