Wczoraj popołudniu wyczułam dziwny zapaszek w naszej lodówce. O zgrozo zapaszek zaczął narastać i w końcu czas było przyznać, że w naszej lodówce śmierdzi. Ponieważ jestem miłośniczką pleśniowych serów i ostatnio kupiłam dość mocno cuchnącego amoniakiem delikwenta, uznałam go za winnego i unieszkodliwiłam w szczelnym woreczku strunowym. Rano kompletując Marcinowi oprowiantowanie do pracy, zwątpiłam we wcześniejszy osąd, gdyż zapach się nasilił. Zanurkowałam wgłąb lodówki i co znalazłam? Ohydną, spleśniałą, całą już zieloną i miękką cytrynę. Rany, jak ja się brzydzę takich rzeczy i że roślina potrafi tak cuchnąc! Pozostało mi umycie lodówki. Nienawidzę tego robić i przez głowę mi przemknęło, czy w babski sposób nie poskarżyć się na obezwładniającą niemoc, małe rączki, małe nóżki i poczekać aż kochający mąż mnie w tym wyręczy. Tyle że mój ostatni rachunek telefoniczny opiewa na kwotę 288,04 PLN i wygląda na to, że Marcin mi tego jeszcze nie zapomniał. Więc może nie przeginać, zakasać rękawy i umyć lodówę? A może sprawdzić granice mężowskiej tolerancji?