Zwariować można od: nadmiaru tych cholernych kombinacji liczbowych, od nadmiaru obowiązków, od ciągłego układania w głowie zadań do wykonania, od zastanawiania się, kiedy wyjdzie na jaw, że ma się obsuwę dosłownie we wszystkim, od robienia kilku rzeczy na raz, od zapychania się bułami z braku czasu, od niewychodzenia, od niesłuchania ptaków, od niesłuchania ciszy, rzygam.
No a dowody na to, że kołowacizny dostałam są i to twarde dowody.
Dowód pierwszy: pędziłam do domu i mój parszywy telefon mi się zawiesił. W momencie, gdy staję przed drzwiami od klatki schodowej telefon każe sobie wpisać PIN, myślę – zrobię to w domu i usiłuję wklepać PIN otwierający wrota klatki. Wklepuję, raz, drugi, trzeci i nie działa, nie działa do cholery! No, ale co się dziwić, że drzwi się nie otwierają, skoro wklepuję im PIN od mojej karty SIM.
Dowód drugi: godzina 6 rano, robię sałatkę, która ma udawać obiad. Kot upomina się o mokre żarcie na śniadanie. Stawiam kocią miskę na blacie, otwieram kocią puszkę i nakładam kocie żarcie prosto do sałatki.
Dowód trzeci: zgubiłam kartę bankomatową przynależną do mojego konta firmowego. Wyrobiłam nową, nawet mi ją przysłali, wybierałam się właśnie ją aktywować, gdy stara karta cudownie odnalazła się w portfelu M (oboje przeglądaliśmy portfele chyba 1000 razy poszukując tej zarazy).
Dowód, że i mój małżonek ma problemy: gołocimy nasze konta przy bankomacie. Przychodzi kolej na ostatnie, do którego PINem M posługuje się już kilka lat. Wklepuje go raz, drugi, trzeci – blokuje kartę. Dzwoni do banku, oni mu ją odblokowują, on podchodzi do diabelnej maszyny po raz czwarty i bezbłędnie wklepuje PIN, jednocześnie zastanawiając się od czego jest PIN, który wklepywał poprzednie 3 razy.
No, a jutro proszę trzymać kciuki, bo kończymy (mam nadzieję) przygodę z kolką nerkową – M będą wyciągać cewnik z nerki brrrr.