I znów zniknęłam stąd z powodu braku czasu. Nawet moja mama zadzwoniła do mnie z pytaniem, dlaczego nie piszę już nic na blogu i kiedy pokażę zdjęcia lisa, kaczek i roślinek. Poza kołowrotem nie dzieje się nic o czym warto byłoby pisać. No może poza tym, że jestem wykończona, od 5 tygodni nie mogę się wykurować – a to angina, a to zapalenie krtani i bezgłos, a to zapalenia oskrzeli. Czas spędzam w samochodzie jadąc na lub ze szkolenia, do lub z Olsztyna, w domu wdycham adrenalinę, bo nie jestem w stanie prowadzić szkoleń i zajęć. Lodówka pusta, jemy po drodze, kot obrażony i depresyjny, pranie suche jak wiór czeka od 3 dni na zdjęcie z suszarki. Tak – na ryj padam, a M już dawno chyba leży, bo pomiędzy tym wszystkim 10 dobowych dyżurów ma. Po domu walają się kartony z kosmetykami, których nie mam czasu wstawić do sklepu, z braku asortymentu w sklepie, brak klientów. I żeby wysiłek i tryb życia jaki ostatnio prowadzimy przekładał się na stosowną zapłatę za naszą pracę i przybliżenie się do własnych 4 kątów. Jak w naszym kraju jest, każdy niestety wie. Rozpisaliśmy sobie 4 tygodnie urlopu, na przełomie czerwca i lipca, muszę przyznać, że o niczym innym nie myślę. Oczywiście jest to urlop tylko od uczelni, ale zawsze to jakiś plus.