Zrobiliśmy wczoraj kawał dobrej roboty, ale podobny kawał jeszcze przed nami. Wybebeszając z szaf rożne różności naszego Mistrza natknęłam się na coś, co wyglądało jak kielich. A konkretniej połączone ze sobą dnem dwa kielichy, jeden mniejszy, drugi większy. Z tym że w owym dnie był otwór. Oczywiście padło natychmiast z mych ust pytanie: „Ojej a co to?” Tajemniczy przedmiot okazał się być stetoskopem do osłuchiwania dzidziusia w brzuchu mamy. Po tym krótkim wyjaśnieniu natychmiast padło rewanżowe pytanie ze strony Mistrza, zatroskanego naszym bezślubnym i bezdzietnym związkiem: „A może w ciążę by Pani zaszła? Chociaż tak dla sportu.” Jakże mnie to melancholijnie nastroiło i do dzisiaj nie puściło. No bo tak, z jednej strony zegar biologiczny, robiący mi tik tak tik tak doprowadza mnie do lekkiego dygotu, że lada chwila 29 lat mi stuknie, a ja bez dziecka. Po głowie już kołaczą mi myśli pod tytułem: „A co będzie, jak nie będę mogła zajść w ciążę?”, albo „A jak dziecko będzie chore?”, a także „A jak będę musiała przeleżeć ciążę, to czy dam radę?”, „A jak poronię?”. Wiem, że już czas, wiem, że powinnam. Ale chciałabym najpierw mieć swoje mieszkanko i ślub wziąć do cholery. To nie jest tak, że puste babsko spisało sobie życie w punktach i w tenże sposób usiłuje je zrealizować. Ja po prostu nie czuję się bezpiecznie z wynajętym 25 metrowym dachem nad głową, z wieczną chryją co do miejsca zamieszkania i zameldowania, z tym, że w świetle prawa jesteśmy dla siebie z M obcymi ludźmi.
I jeszcze jedno, na co raczej wpływu nie będę miała, bo w przeciągu roku nasze firmy się tak nie rozwiną. Cholerne dyżury mojego M. Nie wiem jak to będzie, ja w ciąży i M wychodzący do pracy na całą dobę i to do pracy, z której nie może wyjść w każdej chwili. A co będzie jak się coś stanie, jak się źle poczuję, jak będę leżeć w nocy w łóżku wsłuchiwać się w siebie i dopadnie mnie fala strachu, a jego przy nas nie będzie? Do tego w tym cholernym mieście jesteśmy absolutnie sami, powinnam powiedzieć samotni. Nikogo z rodziny, żadnej zaprzyjaźnionej baby, którą mogłabym wezwać na ratunek. Być może panikuję. Wiem, że jest wiele kobiet, których mężowie są np. za granicą, i że one same muszą sobie radzić z ciążą porodem, opieką nad maleństwem. Wiem, że tak jest, ale czy to znaczy, że one są szczęśliwe, spokojne, nie boją się, nie chciałyby inaczej? Nie sądzę. I nie lubię wytaczania takich argumentów, żebym przestała się nad sobą użalać (specjalność mojej Mamy). No bo również wiemy, że wiele dzieci doznaje przemocy fizycznej w domu i to w c a l e n i e z n a c z y , że też powinniśmy swoim dzieciom tą przemoc serwować. Więc dlaczego kogoś ma dziwić to, że obawiam się pewnych rzeczy, które są codziennością innych kobiet.