10.12.09-13.12.09

No i znów zniknęłam na chwilkę, ale przez te olsztyńskie wyprawy organizacja dnia stanęła na głowie. Tak więc pozwolę sobie streścić, to co się w poprzednich dniach wydarzyło.

 

  • Czwartek 10.12.09 (ten dzień można śmiało zatytułować: „Oszukać przeznaczenie”) – pojechaliśmy do Olsztyna podpisać umowę. Każde z nas dostało połóweczkę etatu, wszystko poszło gładko, zwinnie, tak jak planowaliśmy. Byliśmy umówieni z ojcem mojego M, że wracając zajedziemy do WR, troszkę sobie odsapniemy, a tata weźmie nasz samochód i pojedzie z nim na przegląd (bo termin sie zbliżał). Siedzimy sobie w ciepełku dopieszczani kulinarnie prezez H – Mamę, gdy nagle dzwoni tata z informacją, że hamulce nam poszły. Okazało się, że jedna rurka od hamulca pękła, druga była cała przeżarta, gdyby nie ten przegląd moglibyśmy nie dojechać w całości do domu, bo gdy mechanik wcisnął pedał, hamulce poszły ostatecznie. Do tego było trzeba podreperować zawieszenie i dodając cenę przeglądu cała przyjemność została wyceniona na 850 zł. Piękny przedświąteczny prezent. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, a w pralce czekał na pranie mundurek mojego M ubrudzony krwią i mózgiem pacjenta z ostatniego dyżuru. Takie są skutki wyprzedzania na trzeciego. Strasznie to wszystko dało mi po głowie, bo gdy sobie pomyślę, że ja popijam kawkę buszując po blogach, a w tym samym momencie jakaś kobieta odbiera telefon i dowiaduje się, że jej dziecko zginęło w wypadku to po prosu we łbie się to wszystko nie mieści. No i świadomość, że o mały włos z nas też nie została mokra plama i równie dobrze nasze mamy mogły odebrać taki telefon.
  • Piątek 11.12.09 – tego dnia miotaliśmy się po mieście niczym niesparowane elektrony załatwiając resztę prezentów, odbierając pisma, robiąc zakupy spożywcze na kilka dni i na sam koniec oddając się w ręce fryzjera. Tak jakoś dziwnie się czułam, telepało mną niewspółmiernie do temperatury panującej za oknem. Zostałam wsadzona pod kołdrę z termometrem, a tu 38 stopni, migdałki jak nadmuchane i konieczność wstania o 4.30, bo na 10.00 musieliśmy być w Olsztynie.
  • Sobota 12.12.09 – pojechaliśmy do Olsztyna zabierając naszego Profesora. Po drodze mieliśmy okazję nadrobić zaległości towarzyskie, bo bardzo dawno nie widzieliśmy się „na żywo”. Efekt głosowania, na które jechaliśmy był po naszej myśli, opowiedziano nam o olsztyńskich układach, układzikach, interakcjach, przeciwnikach. Było bardzo sympatycznie. Dałam sobie zajrzeć w gardło, Profesor miał mi namalować receptę „na wszelki wypadek”, ale ponieważ czułam się o wiele lepiej z tej recepty zrezygnowałam. Wróciliśmy do domu i znów szybkie zakupy i wyprawa do knajpy na jakieś jedzonko (od 4.30 do 18.00 dzielnie trzymałam się na jednej mandarynce). Wróciliśmy i jakoś tak dziwnie znów mnie telepało, gardło zaczęło boleć nie tylko przy łykaniu.
  • Niedziela 13.12.09 – godzina 0.30 budzi nas huk i dźwięk tłuczonego szkła. Nasze kociątko zwaliło lustro, które rozprysnęło się w drobny mak. Dodam, że lustro miało długość 1 m i szerokość 50 cm, rozwaliło się o kafelki. Wyobraźcie więc sobie, że Was ze snu coś takiego wyrywa. Byłam ciekawa ilu sąsiadów na równe nogi postawiliśmy i czy ktoś wezwie policję z powodu zakłócania ciszy nocnej. Na szczęście obyło się bez policji, a ja będę musiała obyć się bez lustra. Dysponuję teraz małym okrągłym kosmetycznym lusterkiem. Jak ja mam włosy ułożyć przy czymś takim, czy obejrzeć się przed wyjściem z domu? I jak myślicie, kto będzie miał 7 lat nieszczęścia my, czy kot? Po tej cudownej nocy znalazłam na swych migdałach ropę i mam ochotę w dupę się ugryźć, że tej cholernej recepty nie wzięłam. No bo ja przecież nie choruję, a ostatnią anginę miałam 10 lat temu! No i tak mi mija dzień na sprzątaniu, praniu, prasowaniu i tłamszeniu chęci zamordowania własnego kota.

 Ameba

 

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.