Jest wtorek 19.01.10, pierwszy dzień od dawna, gdzie M nie musi się zrywać bladym świtem (o tej porze roku powinnam chyba napisać – ciemnym świtem). Jest godzina 8 rano, my już co prawda obudzeni, ale gnijemy sobie w łóżeczku z kubasami kawy, a tu nagle domofon. I to nie był po prostu dzwonek, tylko nachalne napierdalanie domofonem, ktoś wciskał guzik i przytrzymywał koło 10 sekund i tak kilka razy. Wkurzyło nas to nieźle, postanowiliśmy nie wpuszczać intruza. Poza tym według mnie nachodzenie ludzi o tej porze jest nietaktowne, bo mam święte prawo spać, uprawiać seks, leżeć w wannie, robić sobie maseczkę, czy chociażby wysmarować się masłem orzechowym, a przede wszystkim mam prawo nie mieć ochoty na wizyty o tej porze, zwłaszcza jeśli dnia poprzedniego wróciliśmy z prazy po 21-wszej. I jeszcze jeden argument działający antywizytowo, kto mieszkał w kawalerce, ten zrozumie. Zasiedlając taką dziuplę, gdy się drzwi wejściowe otworzy, to całe mieszkanie jest na widoku. Dlaczego ja mam kogoś obcego wpuszczać do swojego łóżka, albo raczyć widokiem dwójki ludzi w piżamach z potarganym włosem?
No i wracamy do intruza. Po serii domofonowego wydzwaniania, słyszymy trzask drzwi wejściowych do klatki i za chwilę dźwięk opadających klapek na skrzynki pocztowe. Moja pierwsza myśl – jakiś nienormalny roznosiciel ulotek. Ale za chwilę słyszymy bum, bum – dźwięki powolnego przemieszczania się po schodach kogoś z wyraźną nadwagą. M nie wytrzymał i poszedł zerknąć przez wizjer. Zobaczył starszą panią , na oko 80-letnią, wspinającą się po schodach z miną wściekłego nosorożca. Jak mi potem powiedział, pomyślał, że to koleżanka poprzedniej właścicielki mieszkania, która być może przyszła ściągnąć dług od koleżanki – przynajmniej wyraz twarzy na coś podobnego wskazywał.
No i ciąg dalszy akcji, trrrrrrr, trrrrrrr, trrrrrrr napierdalanie na dzwonek do drzwi i to tez metodą wciskam i trzymam, aż mi się znudzi. W końcu się znudziło i słyszymy łup, łup, łup – 80-latka wali nam pięścią w drzwi. To mi już tak krew podgrzało, że chciałam się rzucić by szanownej pani jebnąć (przepraszam, ale instynkt mordercy mi się włączył). M mnie powstrzymał i stwierdziliśmy, że nie otwieramy, bo skoro tej Pani tak na dostaniu się do nas zależy, to nie damy jej tego, czego chce. Bo przecież wszystko można, tylko kulturalniej.
Ciąg dalszy był również zaskakujący, bo nagle słyszymy dzwonek do drzwi sąsiadek (starsza pani mieszkająca ze swoją córką – starą panną, obie panie na tyle wścibskie, że potrafiły po cichutku wychodzić z mieszkania i stawać pod naszymi drzwiami, żeby podsłyszeć co też robimy. Ale przestały, bo kiedyś gwałtownie otworzyłam drzwi i zastałam jedną z nich w tej przedziwnej pozie). Sąsiadki otworzyły i słyszymy:
– Intruz: Pani, kto tu mieszka? Co to są za ludzie? (wszystko wypowiedziane skrzeczącym podniesionym głosem, co się pięknie niosło po klatce we wtorkowy cichy poranek)
W tym momencie przegalopowały mi przez głowy następujące pomysły – kogoś zalaliśmy, zastawiliśmy samochodem, przejechaliśmy pieska, kotka czy innego diabła, zbyt głośno po powrocie z pracy się zachowywaliśmy, byłam nieprzyzwoicie ubrana…
– Sąsiadki: To są lokatorzy nowego właściciela, bo Irenka to mieszkanie już dawno sprzedała.
– Intruz: Przecież wiem, że sprzedała! A starzy, czy młodzi?
– Sąsiadki: Młodzi
– Intruz: Bo ja powinnam już dostać rachunek za telefon, wszyscy sąsiedzi już mają! A teraz listonosz nie nosił, tylko ktoś inny i pewnie się pomylił i do nich przyniósł. I ja dzwonię i oni się nie odzywają, teraz odsetki będę płacić, bo to już tydzień minął. Jak tak można, jak ja dostaną pocztę do kogoś innego to mu zanoszę!
– Sąsiadki: (z naganą w głosie) My też zanosimy, ale ich chyba nie ma, chyba na wakacje wyjechali, bo wczoraj jak był kolęda, to wie Pani co – nie przyjęli!
– Intruz: To powiedzcie im, że ja tu byłam, powiedzcie, ze nazywam się Iksińska!
(Intruz jeszcze złapał za klamkę i szarpnął drzwi, żeby sprawdzić ostatnią szansę wejścia do nas i polazł sobie).
No i faktycznie jakiś tydzień temu wyjęliśmy ze skrzynki tepsowy rachunek do sąsiadki z bloku obok. I nie wyrzuciłam go, tylko schowałam do szuflady, co by adresatowi odnieść. Tylko jakoś tak się nie składało, bo albo pęd do pracy o poranku, powrót późnym wieczorem, abo szybko szybko, bo spóźnieni, no i żeby nie było, ze 2 razy mi z głowy wyleciało. Ale dacie wiarę, żeby się tak zachować i to w stosunku do obcych ludzi, do których ma się interes? Czy to było zachęcające do wyświadczenia pani przysługi? Ja pierdolę i założę się, że tacy ludzie siedzą w pierwszej ławce w kościele. Oczywiście odnieśliśmy krowie ten rachunek, tylko wrzuciliśmy go do jej skrzynki, co by nie narażać się na wątpliwą przyjemność kontaktu face to face.