III półmaraton bydgoski

III półmaraton bydgoski

III Półmartaon Bydgoski
III Półmarton Bydgoski

Zastanawiałam się, jak powinnam ten wpis zacząć. Fanfarami? Napisać, że zwyciężyłam sama siebie? Że przebiegłam? Wszystko to byłoby po trosze prawdą i po trosze kłamstwem. Wczoraj czułam się znacznie bardziej euforycznie, dziś czuję się jak nieodpowiedzialna idiotka.

Wystartowałam, dotarłam do mety, mam medal, dziś czuję się jakby mnie ktoś kijem obił. Pobiegłam kompletnie nieprzygotowana. Nieprzygotowana fizycznie, odzieżowo, odżywczo, psychicznie. Gdyby nie mój mąż można byłoby powiedzieć – jaka piękna katastrofa.

Ale zacznijmy od samego początku. Na półmaraton zapisałam nas dobre 3 miesiące temu. Zanim ruszyły zapisy i tak chcieliśmy w nim biec, więc już wtedy należało zacząć się przygotowywać. W dniu zapisów miałam założenie – ukończyć półmaraton poniżej 2 godzin. Ale potem zaczęło się ząbkowanie Jaśminki i nieprzespane noce, co uniemożliwiło większość porannych wybiegań. W dzień i wieczorami pracujemy, do głowy by mi nie przyszło zabieranie czasu „pracowego” na rzecz hobby.

I tak moje założenie z czasu poniżej 2 godzin zamieniło się na – dotrzeć do mety w zakładanym przez organizatora limicie czasu. A na tydzień przed startem stwierdziłam, że w ogóle nie biegnę. Ale okazja wyjścia po raz pierwszy z domu z własnym mężem, ale bez dzieci tak mnie nęciła, że zdecydowałam się ruszyć tyłek. Do tego swoją biegową walkę zadedykowałam pewnej osobie, która też do znacznie trudniejszej walki staje.

Dojechaliśmy na stadion i te setki biegaczy wokół nas zrobiły na mnie wrażenie. Śmieszyło mnie trochę wzajemne taksowanie się wzrokiem, myślałam że trochę serdeczniej będzie. Najwyraźniej adrenalina robiła swoje, bo za półmetkiem trasy było znacznie sympatyczniej.  Większość pań stojących w mojej strefie czasowej miała pomalowane rzęsy, a niektóre nawet pełniejszy makijaż. Ja w myśl zasady – czego nie dobiegnę, to dowyglądam, założyłam długie kolczyki i dla lepszego humoru prysnęłam się odrobiną Dolce Vita.

No i ruszyliśmy. Pierwsze 10 km to był czysty entuzjazm, pogadanka z mężem, przybijanie piątek wszystkim napotkanym dzieciakom, machaniem do napotkanych fotografów. Koło 12. km istotny stał się dla mnie tylko wdech i wydech, reszta przestała mieć znaczenie. Po 13. km zaczął się długi podbieg i pękłam. Gdzieś w połowie musiałam przejść na marsz, Marcin poratował mnie odnalezioną w pasie biegowym kostką gorzkiej czekolady (leżała tam jeszcze od czasu przebieżek po Lesie Kabackim, była cała siwa i miała blisko 2 lata). Na zbiegu poczułam, że mięśnie ud i pośladków już mi się nawet nie rozkurczają. Spadek glukozy spowodował histeryczny napad szlochu i irracjonalne poczucie zagrożenia. Na 16. km stwierdziłam, że schodzę z trasy, bo natychmiast chcę przytulić się do córeczek. Na szczęście trafiłam na grupkę kibiców, którzy mnie postawili na chwilę na nogi i zmotywowali do dalszego truchtania. Moja głowa zawsze była mym największym przeciwnikiem i zawsze odmawiała współpracy, zanim zrobiło to ciało. Na 1,5 km przed metą stanęłam na środku ulicy i koniec – przyjedź po mnie samochodem wyryczałam do Marcina. Do tego przemoczenie i wychłodzenie – biegliśmy w strugach deszczu od samego początku. Cyrk ten dział się na szczęście obok sklepu spożywczego, do którego Marcin wpadł i kupił Milkę. I tak mąż doholował mnie do stadionu podkarmiając mleczną czekoladą. A jak już potruchtałam na stadion i zobaczyłam na mecie ludzi z wyciągniętymi do nas medalami, to te ostatnie 150 metrów przebiegłam jak się należy, trzymając się za rękę z Najlepszym Mężem Na Świcie.

Dziękuję, bez Ciebie nie byłoby medalu.

P.S. Już nigdy nie wezmę udziału w żadnym biegu ulicznym bez wcześniejszego przygotowania!

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.