Ja bardzo przepraszam, że mnie tak zawsze w niedziele na wywnętrzanie nachodzi. Jest to pewnie spowodowane i odrobinę większą ilością wolnego czasu (córcia wisi wtedy na tatusiu), jak i tradycyjnym niedzielnym wybieganiem.
Biega się przede wszystkim głową i jednocześnie dobrze robić to z głową. Jest to mój święty czas, kiedy jestem przede wszystkim sobą, nie matką, nie żoną, nie człowieką swojego kota. Jestem tylko ja, moje myśli, mój oddech (z czasem coraz krótszy i głośniejszy ha, ha), mój krok. Zwariowałabym w tej macierzyńskiej, udomowionej rzeczywistości bez porannego tup tup tup.
Przyznam się, że od piątku mam nienajlepszy nastrój i za cholerę nie poszłabym biegać (nie ma to jak się potaplać w otchłani rozpaczy), gdyby nie nikeplus i cel, od zrealizowania którego dzieliło mnie zaledwie 13 km i zaledwie 2 dni. Ruszyłam więc swój odwłok, wydałam mężowi i córce dyspozycje na czas mej niedługiej nieobecności i rozpoczęłam walkę ze swoim ciałem i parszywym charakterem.
Biegłam tak sobie uliczkami Józefosławia, a myśli biegły wraz ze mną. Biegnąc ulicą XXI wieku stwierdziłam, że jednak nie zawrócę i nie poddam się tak łatwo, biegnąc ulicą Wilanowską nabrałam dystansu do piątkowych wydarzeń, na ulicy Cyraneczki ogarnęła mnie głupawka na skutek brodzenia po kostki w błocie i przekonania, że nigdy nie wystartuję w Biegu Szlakiem Wygasłych Wulkanów. Na ulicy Kombatantów dopadł mnie leń i stwierdziłam, że zamiast dzisiaj robić 7 km i jutro 6, lepiej pobiec od razu 13 i mieć zakończone wyzwanie dzień przed ostatecznym terminem.
Jak pomyślałam tak zrobiłam, chociaż nie wiem jakim cudem, bo ani mi temperatura nie odpowiadała, ani wilgotność powietrza, ani operujące po oczach słońce. Po 10 km uświadomiłam sobie, że za 3 tygodnie nie będę biegła po Józefosławiu, nie będę też biegła po Lesie Kabackim. Będę biegła promenadą wzdłuż brzegu morza. Helu mój najdroższy Helu, nadciągam wraz z przyległościami! Już samo wyobrażenie morskiej bryzy przyprawiło mnie o rozanielony uśmiech. Pod koniec 13. km zaczęłam marzyć o starcie w Lubuskim Maratonie Szlakiem Wina i Miodu. Jak weszłam do domu i spojrzałam w lustro, ujrzałam twarz w kolorze buraka ćwikłowego, skóra wyglądała jak ugotowana na parze, a pory rozszerzyły się do niebezpiecznych rozmiarów. Jednym słowem poza czerwienią i szerokim uśmiechem, wyglądałam jak Wiedźmin po zażyciu swoich eliksirów.
Odmoczyłam się w bocheńskiej soli jodowo bromowej i rzuciłam na sprzątanie, pranie, gotowanie, prasowanie.
Pozostając jeszcze przez chwilę w temacie biegowym muszę uchylić rąbka tajemnicy o sposobie szukania mieszkania/domu do wynajęcia (wygląda na to, że pod koniec czerwca zwiniemy się spod stolicy). Otóż po przesianiu ofert i znalezienia jedynej oferty z satysfakcjonującymi nas warunkami, ja oglądałam uważnie kuchnię pod kątem powierzchni, sprzętu i warunków zdjęciowych, a Marcin oglądał biegowe trasy w okolicy. Oby nam oferta nie przeszła koło nosa, bo nie będziemy mieli gdzie się przenieść. Decyzja o przeprowadzce do Grudziądza zapadła bez względu na to, czy Marcin zdecyduje się podjąć współpracę z tamtejszym szpitalem. Chcemy być bliżej rodziny, no i będziemy mieć blisko do doglądania budowy, która w wersji optymistycznej ruszy w przyszłym roku, a w wersji realistycznej za dwa lata. Po poślizgu blisko pięciomiesięcznym architekt uporał się z adaptacją projektu i w tym miesiącu powinno być w końcu pozwolenie na budowę w naszej garści.
Tak więc tnę wydatki jak mogę i przeliczam wszystko na bale. Nie sądziłam, że wizja własnego domu tak wpływa na bezproblemową rezygnację z wszelakich damskich zachcianek.
W czerwcu Marcin spuścił wszystkie dyżury i można powiedzieć, że podarował mi ten miesiąc. Jest to miesiąc dla mnie, dla mojego ciała, dla mojego odpoczynku, dla mojej firmy. Czerwcu czekam na ciebie i sama myśl o tobie przyprawia mnie o motyle w żołądku!
A Hel czeka na mnie (mam nadzieję):
