Co robimy na 25 min przed wybiciem północy? Konstruujemy w pośpiechu projekt, który potencjalnie unia mogłaby nam dofinansować. Jak zwykle wszystko jest na gwałt, bo papierzyska trzeba oddać jutro do samiutkiego południa (westernów się naoglądali, czy co?). A ja jeszcze jedną ręką barszczyk gotuję, bo kobieta istotą wielozadaniową jest! A i jaką łaską się wczoraj wykazałam, otóż pozwoliłam sobie umówić na dziś pacjentkę. Nie ukrywam, że w tym roku bardzo stroniłam od próbujących schudnąć istot, bo zwyczajnie sił już na ich głupotę i brak chęci zmienienia czegokolwiek mi brak. No i oczywiście kombinowałam rano, co tu zrobić, żeby nie iść do gabinetu. No, ale w końcu obiecałam, to polazłam. Pani oczywiście okazała się dokładnie taką idiotką, jak sobie rano wyobraziłam, mam gęsią skórkę przed następnym spotkaniem. Po głowie ciągle chodzi mi mój osobisty, niezależny gabinet, gdzie nie będę miała wyrzutów sumienia, że z powodu może troszkę ostrego podejścia do sprawy znajomi stracą potencjalnego klienta na inne „cielesne” usługi. U mnie zasada jest prosta – przychodzisz do mnie po pomoc, więc albo współpraca jest na moich zasadach, albo wypad. Jak wiesz lepiej, nie przychodź. Wkurzają mnie baby, które liczą na to, że przez samo patrzenie mi w oczy przemiana materii im się tak podkręci, że staną się odrzutowcami. I jak ja dziś usłyszałam, że pani nie będzie po powrocie z pracy żadnego sportu uprawiać, bo ją to rozbija, zaproponowałam cykl spotkań z psychologiem i przez okno chciałam wyskoczyć. Faceci są pod tym względem jacyś inni, hmmm a może przerzucę się tylko na panów?