Wczoraj wieczorem postanowiłam zmierzyć się z prognozą pogody na najbliższe dni. Gdy zobaczyłam co nas czeka, najpierw dostałam gęsiej skórki, a następnie stwierdziłam, że dla równowagi muszę koniecznie coś upiec. Pomysł podała mi na tacy Komarka. Czekolada i drożdże były tym, czego do poprawy humoru potrzebowałam, a do tego samozwańczo dorzuciłam rodzynki.
Bułeczkowy pomysł okazał się wyśmienity nie tylko w smaku. Po raz kolejny mieliśmy beznadziejną noc. Znów pojęcie dyskomfortu w odniesieniu do córki wprawia mnie w panikę. Bułeczki czekoladowe i badanie moczu, tak zaczyna się moja słodko gorzka niedziela.

