Czereśnie, czereśniowy, z czereśniami…
Mój wczorajszy dzień był soczysty i pełen smaku, właśnie jak te dojrzałe czereśnie. Wczesna pobudka, kawka z mlekiem, rolki, bieganie, skradanie się z aparatem za zajączkami, wiewiórkami i ptaszkami, praca w firmach, przytulanie, pełna śmiechu wizyta w domu. A to wszystko przeplatane czereśniową ucztą.
W jakiej formie najbardziej lubicie czereśnie?
Czereśnie w kompocie? Czereśnie marynowane? A może tak po prostu na surowo? Ja zdecydowanie wybieram tą ostatnią opcję. Uwielbiam ich błyszczącą, napiętą skórkę, ten delikatny trzask rozlegający się przy przegryzaniu, obłędny smak, którym tak krótko możemy się cieszyć. Bardzo lubię jeść czereśnie w warunkach „polowych”, straszną frajdę sprawia mi plucie pestkami na odległość i to obowiązkowo z wyskoku. Chyba najsmaczniejszym daniem z wykorzystaniem tych owoców, jakie zdarzyło mi się jeść była sałatka z wędzonym pstrągiem i połówkami takich prawie czarnych czereśni. Fajnie, że są knajpy, bo sama bym na takie połączenie nie wpadła. Tak więc cieszmy się ich smakiem, jeszcze chwila i znów prawie rok będzie trzeba czekać na te owoce. Kto ma swój ogródek, może będzie miał ochotę kupić sadzonki starych odmian czereśni i jeść owoce prosto ze swojego drzewka. Sadzonki starych odmian można kupic za pośrednictwem Towarzystwa Przyjaciół Dolnej Wisły, o którego działalności wspominałam tu.


