Oczy sobie wyczytałam – Nielegalni


Nielegalni mnie uprowadzili i do stanu upojenia szpiegowskiego przez 800 stron doprowadzili

Nie było mnie troszkę w poniedziałek, nie było mnie przez cały wtorek, nie było mnie chwilkę dzisiaj rano. Wpadłam, przepadłam, zniknęłam z tej rzeczywistości, wciągnęło mnie. Taaaak, na taką książkę czekałam od czasów Millenium. Jeszcze mam wypieki na twarzy. A o jakiej książce tak piszczę zachwycona? O książce Nielegalni, której autorem jest Vincent V. Severski. Kto lubi klimaty szpiegowskie – polecam, moim zdaniem „Szpieg” się chowa, a obie książki i autorzy są stworzeni do porównań. Vincent V. Severski to pseudonim literacki pułkownika polskiego wywiadu, który tą wciągającą lekturę stworzył. To powieści szpiegowskiej dodaje smaczku, tak samo jak zamieszczone na pierwszej stronie słowa autora: „Zbieżność wydarzeń opisanych w tej książce z prawdziwymi jest na ogół przypadkowa, ale nie zawsze (…)” Taka przynęta jest idealna na Amebę.

A jak Nielegalni trafili w me łapy? – oczywiście wszystko przez mamę!

W weekend skamlałam do mamy, że potrzebuję jakiegoś czytadła, że najlepiej jakby to był kryminał i do tego wciągający, że mam dość książek historycznych (ciągle brnę przez Archipelag Gułag), biograficznych, reportaży, że potrzebuję oddechu książkowego. Ale żeby była to pozycja dobra, bez przewidywalnego, schematycznego zakończenia, gruba, ale żeby nie rozlewała się przez ileś tomów. No i oczywiście najpierw usłyszałam, że mi trudno dogodzić, ale potem mama mówi, że ma w domu pewnego osiemset stronicowego grubasa. Pojechaliśmy obejrzeć w tv starcie Agnieszki z Sereną i książkę przy okazji zabrałam. Zaczęłam ją czytać w poniedziałek wieczorem i już nie mogłam doczekać się, kiedy M pójdzie następnego dnia do pracy i zostanę sama w domu. O godzinie 7.00 miałam już odwirowane pranie, odkurzone i byłam po prysznicu. Zasiadłam w fotelu i można powiedzieć, że wstałam po 600 stronach z wrażeniem, że mi gałki oczne wyschły i że zadrukowane linijki jakoś dziwnie się wybrzuszają. Dawno nie miałam takiej książkowej czarnej dziury. Wessało mnie dokładnie, nie odbierałam żadnych telefonów, żeby mi nikt głowy nie zawracał, pomimo nawału terminowej roboty nie ruszyłam nawet palcem (laptop stał dziewiczo nieruszony tego dnia) i przysięgam, że mogłoby się mi zawodowo walić i palić, nie ruszyłabym się od książki (możecie potraktować to jak ostrzeżenie, jakbyście chcieli po Nielegalnych sięgnąć). Rozpierała mnie radość, że Fasola jest na etapie brzusznym i nie muszę sobie dzieckiem głowy zawracać (oj, wyrodna matka się zapowiada). Zastanawiałam się, jak długo musiałby taki stan potrwać, żeby Marcin skończył  współpracę ze mną w swojej firmie, w mojej firmie, na gruncie uczelnianym, naukowym no i małżeńskim. Na wszelki wypadek „Głowy Minotaura” Krajewskiego na razie nie ruszam, leży sobie i patrzy na mnie z szafki. Oby mnie pozytywnie rozczarowała, po beznadziejnej w mej ocenie książce „Erynie”.

Ja już na początku lektury wiedziałam, że Nielegalni i ja na siebie czekaliśmy. Zaczęłam wchodzić sobie w klimat książki sącząc mój ulubiony kefir Robico i czytam, jak to po powrocie z misji główny bohater przygotował sobie śniadanie, złożone między innymi z jajka na twardo i kefiru Robico, który był najbardziej podobny do jego ulubionego rosyjskiego kefiru. No i co, mam zadatki na szpiega prawda? Upodobania kefirowe o wszystkim przesądzają 🙂

Uciekam nadrobić to i owo, do zobaczenia jutro u Was!

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.