Na każdy temat

Jak sobie zrobiłam w myślach spis sytuacji, o których chciałabym napisać, to różnorodność tematów mnie rozbawiła. Kto chce to czytać, niech od razu nastawi się na bełkotliwy chaos.
Za 2 godziny mogę zacząć świętować urodziny. T-r-z-y-d-z-i-e-s-t-e p-i-ą-t-e! Nie wierzę, nie czuję się, nie lubię, nie, nie, nie, nie będę świętować. Nie lubię urodzin i tyle. Mniej więcej od 25. mnie to złapało i trzyma do dziś. Za czasów bezdzietnych sądziłam, że po pojawieniu się potomstwa ta głupota mi przejdzie. Niechęć do urodzin i przełomów roku upatrywałam w tik-tak mojego zegara biologicznego. A tu dwie córki na świecie, a mi z każdym rokiem gorzej znosi się 21. dzień grudnia. Nie chodzi wcale o to, że zmarszczki koło oczu są coraz bardziej widoczne, że dupa już nie ta. Nie wiem o co chodzi.
Jakby ktoś mnie zapytał, co do siebie czuję, odpowiedziałabym – niezadowolenie. Jak ja bym chciała przestać szarpać się ze sobą – niczego nie zrobiłam, niczego nie osiągnęłam, powinnam mniej spać, więcej czytać na temat metod statystycznych, szybciej powtarzać angielski, częściej biegać, wrócić do rosyjskiego, robić jedną pracę naukową na miesiąc, sfinalizować sprawę doktoratu, urodzić jeszcze jedno dziecko (a najlepiej bliźniaki – oszczędność czasu), usunąć osad z zębów, smarować ciało balsamem częściej niż raz w miesiącu, zgłębić zasady fotografii, wrócić do rysowania, rozwijać inne strony internetowe, podlewać kwiaty, przestać obgryzać paznokcie, nie przeklinać, nie drzeć mordy na najbliższych, iść do fryzjera, wrócić na uczelnię, no i nie być taką spiętą ha, ha, ha. Nie wymieniłam wszystkich „powinnam”, a to tylko ze strachu, że w temacie ugrzęznę.
Zaległości to ja nie mam tylko w praniu i prasowaniu.
Byliśmy dzisiaj w szpitalu, jak bardzo inną miarą wszystko się teraz mierzy. Wyobrażacie sobie, że wstępuje w Was radość po tym, jak ujrzeliście grymas bólu na twarzy bliskiej osoby? We mnie dziś wstąpiła. Zaczęłam masować ojczymowi dłoń, patrzę, a on się skrzywił. Ucisnęłam jeszcze raz mocniej, znów ten grymas. Już kombinowałam, co tu mu jeszcze zrobić, jak dokuczyć żeby jakąkolwiek reakcję wywołać, ale spojrzenie mamy przywołało mnie do porządku. Ot, takimi radościami teraz sobie żyjemy. Albo euforia, bo podaną strzykawką wodę przełyka, bo bez respiratora jakiś czas oddycha. A potem znowu dół i płacz, gdy wydłużają się kolejne okresy bez jakichkolwiek reakcji, a do tego ciśnienie spada, tętno rośnie, gorączka się pojawia. Sinusoida trudna do wytrzymania, emocje nie do wytłumienia. W firmie blisko tygodniowa obsuwa w stosunku do terminów pierwotnie podawanych klientom. W domu ząbkowanie na całego i zapalenie krtani. Święta za 3 dni, a ja nie mam niczego dla mojego męża. Trudno mi nawet myśleć o jakiejkolwiek równowadze.
Chwilową ulgę i odskocznię dał mi zakup torebki. Zakupy to teraz najprostsza i najszybsza przyjemność jaką mogę sobie zrobić. Siadam wieczorem do komputera i rozładowuję stres – dodaj do koszyka, dodaj do koszyka, podlicz koszyk i tak dalej. Zbierałam odwagę na zakup czarnego cuda z frędzlami za 790 zł przez pół roku. W końcu nadszedł moment – dodaj do koszyka, więc wypatruję przesyłki. Cenę torebki podałam, bo wiąże się ona z dwiema zabawnymi reakcjami. Pierwsza to reakcja mojego męża, któremu ulżyło, że przestanie wreszcie słuchać dylematów kupić-nie kupić i nie będzie musiał patrzeć, jak wpadam w hiperwentylację przy cotygodniowym sprawdzaniu, czy torebka jeszcze jest dostępna. Druga, to natychmiastowa reakcja znajomej na FB, po wstawieniu linku do torebki. Reakcja – niestety, nie jest warta swojej ceny. Pewnie miało to oznaczać – nie wydałabym tyle na tę torebkę. Ewentualnie – nie podoba mi się. No i zaczęłam rozkminiać, na co byłabym w stanie wydać 800 zł, a na co nie, zakładając oczywiście, że te osiem stówek nie ma wpływu na byt naszej rodziny. Jak widać jestem w stanie zapłacić tyle polskiej firmie, szyjącej ręcznie torby z włoskiej skóry. Na pewno nie wydałabym tych pieniędzy na nic, co jest ze „skóry ekologicznej”, sztucznego futra, na nic co jest plastikowe, masowo produkowane, pozłacane (tyle pięknej biżuterii ma Tous, ale wolałabym, żeby złote było złote, a nie pozłacane). Wolę jedną bluzę od Łukasza Jemioła, niż pięć z H&M, czy Reserved. Nie kupiłabym też za 800 zł kremu do twarzy, bo nie wierzę że byłby 8 razy bardziej skuteczny w porównaniu z moim ulubionym Tokyo Lift Eris, ale mezoterapię zrobiłabym w te pędy, albo karboksyterapię. Każdy ma jakieś upodobania, mamy też różne podejście do pieniędzy. Nie mam najmniejszego problemu z ich wydawaniem. Jeśli zakup czasem udaje się nietrafiony, nie rwę włosów z głowy. Wychodzę z założenia – wydane zapomniane. No, to teraz wiecie dlaczego wciąż nie mamy własnych czterech kątów 😉
Czas teraz na zabawne sprawy związane z dziećmi. Jedna, to nasze małe diablątko, które zasuwa na czworakach po całym mieszkaniu i konsumuje – a to kocie żarcie, a to podłoże do storczyków, kocią trawkę i tak dalej. Zauważyliśmy uderzające podobieństwo pomiędzy Jaśminką, a Maszą (z bajek Masza i Niedźwiedź).
Florka weszła w fazę zmartwień, czy aby urosną jej piersi. Twierdzi, że jak jej urosną, to będzie karmić Jaśminkę. Ma już nawet plan urodzenia synka i ciągle opowiada o pewnym Mateuszu z przedszkola – aaaaaa, zaczęło się!
Miało być też kilka słów o ostatnich wyborach. Ich wynik był dla mnie oczywisty, trzymałam kciuki jedynie za to, żeby ci którzy wygrali mieli większość parlamentarną i jak najszybciej przeszli do dzieła zniszczenia. Wyszłam z założenia, że im szybciej zacznie się piekiełko, tym szybciej się skończy. Sądziłam, że ludzie nie wytrzymają za długo i wyjdą na ulicę, nie sądziłam, że władza zadba o to, żeby stało się to tak szybko. Mam ochotę powiedzieć, że należało ruszyć zad i iść na wybory, ale może frekwencja w kolejnych będzie lepsza (o ile jeszcze jakieś wybory będą).
Śmiać mi się chciało z Florki, która najpierw była z nami głosować, a potem z moją mamą. Pokazywała mojej mamie na godło i coś tam mówiła zaaferowana. Mama spokojnie jej tłumaczyła, że to jest godło naszego kraju, a Florka dobitnie – nie, to nie żadne godło, to orzeł, jak na bluzce u mamy! Tak więc t-shirt z orzełkiem od Roberta Kupisza jest w świadomości mojego dziecka bardziej zakorzeniony niż coś tak dziwnego jak godło (ja w wieku 3 lat grzecznie recytowałam „Kto Ty jesteś? Polak mały …”).
I jeszcze dwa słowa o „Dziewczynie z pociągu”, „Pani z przedszkola”, „Morfinie” i „Elementarzu stylu”:
„Dziewczyna z pociągu” – świat się posrał z zachwytu, a ja się wynudziłam. Dokończyłam książkę tylko dlatego, że nie lubię książek niedoczytanych.
„Pani z przedszkola” – nie udało mi się obejrzeć filmu w kinie, za to udało się, gdy wyszedł na płycie. Lubię te przerysowania w polskich filmach, uwielbiam Kuleszę, Gruszkę, Jandę. Nie rozumiem tylko, dlaczego ten film był określony mianem komedii. Smutny, a nie śmieszny, ale na szczęście dobry.
„Morfina” – książka przeleżała się na półce od sierpnia, wreszcie po nią sięgnęłam i … I znów odłożyłam. Dla mnie to nie jest lektura, która da się czytać w dziecięcym jazgocie, albo nasłuchując rytmu dziecięcych oddechów. Córki wyjdą za mąż, to może uda mi się poczytać coś ambitniejszego niż Elle.
„Elementarz stylu” – nie mogłam sobie podarować, byłam tak ciekawa poradnika Katarzyny Tusk, że mi się w bucie z okazji mikołajek zmaterializowała.Zacznijmy od wyglądu – jedna z lepiej wydanych książek, jakie ostatnio miałam w rękach. Zawartość oczywiście nie dla mnie, odkrywcze stwierdzenia o ponadczasowości czerni, szarości, bieli, granatu. Drażniące mnie stwierdzenia – mniej niż jeden promil kobiet coś tam, coś tam – nie pamiętam co, ale takich stwierdzeń nie popartych badaniami nie lubię. Chcąc być stylową kobietą pamiętaj o… – o czym innym chyba musi pamiętać miłośniczka stylu pin-up girl i miłośniczka korpo poprawności. Nie można jednak odmówić Katarzynie Tusk konsekwencji w budowaniu wizerunku i smykałki biznesowej. Genialne posunięcie z wypuszczeniem kolekcji ubrań, poszerzeniem przed świętami linii MLE o perfumy. Sama sobie życzyłabym takiej odwagi i logicznego rozwoju własnej firmy.
Kończę szybciutko, bo wpisu wczoraj mi się skończyć nie udało. Jest już rano, Jaśminka domaga się mleka, a telefon wciąż napieprza – dzwonią bliscy z życzeniami oraz spanikowany mąż ze sklepu spożywczego. OSZALEJĘ!
P.S. Nie mam jeszcze żadnego świątecznego prezentu dla męża, eh. I kupię sobie tort, włożę świeczki i nawet je zdmuchnę. Rany, żeby te świeczki się zmieściły, to musi być już duży tort buuu.
Ameba