Hel – moje miejsce na Ziemi
No i jesteśmy w Helu, w MOIM Helu, który to wiąże się z najważniejszymi wydarzeniami w naszym małżeńskim życiu. W Helu, który ukołysze moje wiecznie rozedrganie, ukoi, włosy potarga, piaskiem wysmaga, słońcem ogrzeje. Po raz nie wiem który napiszę, że kocham klimat tej miejscowości, jej spokojne tętno w tygodniu i zdecydowanie szybsze w weekend. Uwielbiam to, że na plażę jest tu daleko, że po ścieżkach leśnych można krążyć całymi godzinami. Lubię wyczekiwanie na domowy obiad w Nordzie, poranny bieg po nadmorskiej promenadzie. Fokarium poza godzinami karmienia fok, szary świt w porcie. Podoba mi się militarny charakter tej miejscowości i to, że z trzech stron otacza ją woda.
Przyzwyczaiłam się do mieszkańców, a oni opatrzyli się ze mną, Dzisiaj, biegłam sobie o poranku i mijałam dwóch panów naprawiających dach smażalni ryb. Nagle jeden mówi do drugiego – Ty, ta co biegła, to miejscowa, nie? Otóż drodzy panowie – nie – nie miejscowa. Ale za to taka, która ma nadzieję kiedyś miejscową się stać.
Oglądamy sobie z Marcinem helskie nieruchomości na sprzedaż i marzymy, marzymy, marzymy. Oby i to marzenei udało nam się zrealizować. Ja oczywiście najchętniej nabyłabym port wojenny, ale na sam jego zakup musiałabym przez dobre kilka miesięcy co losowanie zgarniać szóstki w Lotto.
Starsza córka złożyła wczoraj zupełnie samodzielnie zamówienie w restauracji. Wycelowała w przechodzącą kelnerkę tak dobrze u niej działający palec wskazujący i zakrzyknęła – piniesie wodę Ty! Ja wiem, że niegrzeczna forma wyniknęła z ograniczonego zasobu leksykalnego oraz kanciastego jeszcze formułowania zdań, ale i tak było mi głupio. Panią przeprosiliśmy, z córką poćwiczyliśmy i dziś już było – poposzę wodę i fitki.
Jestem tu szczęśliwa, wszyscy jesteśmy szczęśliwi.


















Florka wstaje codziennie z łóżka o 6:00 z okrzykiem – i kuniec spania!
Ameba