Nie mam tym razem żadnych depresyjnych dołków, jesteśmy wszyscy zdrowi na ciele i na umyśle. Do nieobecności u Was i u siebie zmusiła mnie siła wyższa, a raczej złośliwość wyższa.
Padł mi telefon. To znaczy telefon jako taki działa, padł mi system w telefonie. A skoro telefon pełni u nas funkcję modemu, to odcięta od świata jestem. Wygrzebałam z szuflady stary LG Prada i generalnie mam ochotę pawia na niego puścić. A kilka lat temu był takim nowoczesnym wypasem… Czekam na werdykt od brata, który ma spróbować zainstalować system w telefonie od nowa. Jak nie zainstaluje czeka mnie niespodziewany wydatek. Jakoś nie mam ochoty wydawać na telefon kasy, za którą można kupić laptopa, a laptopa to muszę wymienić na gwałt, bo aktualny ma milion lat i faktycznie ledwo zipie.
A co poza tym kneblem komunikacyjnym, który mi los w paszczękę, uszy, oczy i paluszki wpakował? No mam pytanie, które pewnie i Wy zadajecie – co to ma być kurwa za pogoda hę? Okna wymyłam, wypolerowałam, na parapetach pysznią się begonie i pierwiosnki, a za oknem znów białe gówno. Jeszcze przed chwilą ławki nad rzeką były oblepione przez nastolatków penetrujących sobie językami migdałki podniebienne, a teraz białe, przymarznięte paskudztwo tam siedzi i nikomu niczego nie penetruje. Ehhh
Za to na świecie się dzieje, jest nowy Papież, a w Wenezueli robią łapankę na naukowców, którzy mają udowodnić, że Hugo Chavez został zarażony nowotworem przez wrogów imperialistycznych. Obłęd, normalny obłęd.
Myślicie, że swoją sobotnią wizytą u fryzjera namówię wiosnę do powrotu?
Może uda mi się ukraść mężowi w weekend trochę internetu i wpaść do Was na kawkę i prasówkę.