No to szczęśliwie dotarliśmy do Helu, staramy się złapać równowagę psychiczną i termiczną. Podróż z córką była intensywna, soczysta, głośna, wrząca, parząca, gorąca. Wyjechaliśmy na szczęście raniutko, więc o 10.00 udało nam się dotrzeć na koniuszek cypelka. Zgodnie z przewidywaniami Florcia nie spała (poza 30min na autostradzie), a gdzieś za Gdynią zaczęła drzeć się wniebogłosy, by zamilknąć w Helu. Nie wiem jakim cudem nie wyskoczyłam w czasie jazdy echhhh.
Ze swobodnego strumienia myśli, chciałam jeszcze strzyknąć spostrzeżeniem, że chyba z pół domu zapakowałam i mam ochotę poprzysiąc, że już NIGDY na żadne wakacje z córką nie pojadę (pewnie za 2 dni mi przejdzie, ale na tą chwilę stan mego umysłu jest taki i kropka).
Udało nam się dzisiaj zaliczyć obowiązkową rybkę (ja halibut, Marcin flądra), w ramach chrztu zamoczyć Florencji stópki w morzu, zakupić jej biały kapelusik oraz sukienkę w marynarskie paski. Jutro córka dostanie drinka z parasolką i sezon będzie można uznać za otwarty.
Zaliczyłam przed chwilą pierwszą od półtora roku lampkę wina. Yummy Mummy mam ochotę pisnąć. Należało mi się po wyprawie z wózkiem na plażę. Obwieszczam, że wózek dziecięcy i piasek są to dwie wykluczające się rzeczy. Jezu, jakie to wszystko proste było w zeszłym roku, gdy Florka fasolka była we mnie. Macierzyństwo to krew, pot i łzy. Radość, miłość, strach i wszystkie możliwe mieszanki uczuć również, jednak na skutek dziewiczego ciągania wózka po piachu uderzam dziś w modny ton „macierzyństwa bez lukru”.
Uwielbiam Hel. Jest to miasteczko emerytów i małżeństw z małymi dziećmi. czuję się tu, jakbym przeniosła się w czasie o dobre 20 lat. I mam taki sprytny plan – gdy będę zdrową, szczęśliwa panią w wieku emerytalnym. Zmęczoną już oszałamiającą karierą, przygniecioną ogromnym majątkiem, spakuję manatki i zamieszkam w Helu. Będę jadła ryby, patrzyła w niebo, głaskała piasek i słuchała szumu morza. Życzcie mi tego, zanim moje imieniny się skończą 😉
Odkąd jeździmy do Helu, śpimy zawsze w tym samym domu gościnnym Kot czuje się tu jak u siebie, rozpakowywanie idzie w tempie ekspresowym, bo wszystko ma już swoje miejsce. A dzisiaj w moje imieniny dodatkowa niespodzianka – na stole stoi kosz podarunkowy, a w nim trzy rodzaje wina, kawa, słodycze i przemiły bilecik z życzeniami. No i jak tu nie wracać, no jak?
Jadąc dzisiaj autostradą wracałam myślami do tego wypadu do Helu. Wewnątrz mnie urzeczywistniała się następująca opowieść – gdy kobieta i mężczyzna bardzo się kochają, to każde z nich daje po nasionku i bla, bla, bla… Opowieść ma charakter bajkowy, a rzeczywistość swoją drogą. Mknęliśmy Amber One, ja coraz bardziej spanikowana liczyłam przy użyciu paluszków i liczyłam, aż wreszcie pomyślałam – jak tym razem nie zaszłam w ciążę to jestem ksiądz proboszcz. Proboszczem nie zostałam jak wiecie, a Florka jako dowód jest na świecie 🙂