Pamiętam jak za czasów wczesnego dzieciństwa czekałam niecierpliwie na dzień św.Mikołaja. Poza jakimiś drobiazgami czekał na mnie zawsze, wystający z wypastowanego buta kalendarz adwentowy. Ponieważ moje dzieciństwo przypadało na szarobure polskie czasy, kolorowy kalendarz przywieziony z Niemiec był nie lada atrakcją. Nie dość, że krył w sobie pyszne czekoladki w pięknych zimowych, świątecznych kształtach, to z tyłu kalendarza zawsze była jakaś łamigłówka, czy obrazek do pokolorowania. Największą frajdą było wyczekiwanie na największą czekoladkę ukrytą za dwuskrzydłowym okienkiem, przeznaczoną na wigilijny dzień.
W dorosłym życiu robiłam już kilka prób powrotu przy pomocy współczesnych kalendarzy adwentowych, do czasów słodkiego, beztroskiego dzieciństwa. Nigdy się to nie udało. Czekoladki w kalendarzach adwentowych (również tych niemieckich) są kiepskiej jakości, byle jak odlane, często nawet nie znajdują się w okienkach, tylko smętnie spoczywają na dole kartonika. Mało tego, nawet wigilijna czekoladka nie jest już w żaden sposób wyjątkowa, nędzna jak wszystkie pozostałe.
W tym roku, przy pomocy firmy Lindt postanowiłam sprawić sobie troszkę inny rodzaj kalendarza adwentowego:
Teraz zamiast czekoladopodobnej pokraki, czeka na mnie co rano przepyszna pralinka Lindt. Jak się opanować żeby poprzestać na jednej? Hmmm, dzisiaj mi się udało, zobaczymy jak dalszy trening silnej woli przebiegnie.
A oto spis rodzajów pralin Lindt zamkniętych w tym pełnym pyszności pudełku:
Meringue – kawałeczki bezy oblane mleczną czekoladą;
Tiramisu – wyśmienite tiramisu przykryte białą czekoladą;
Macaron – migdałowe ciasteczka zanurzone w mlecznej czekoladzie;
Creme Brulee – czekoladowa miseczka wypełniona nadzieniem creme brulee;
Brownie – ciemna czekolada kryjąca w sobie czekoladowe wnętrze z orzechami laskowymi i włoskimi;
Tarte Citron – cytrynowa pralinka w czekoladowej kokilce;
Millefeuille – czekoladowe, jedwabiste wnętrze oblane mleczną czekoladą.



