Matki miewają dziwne marzenia. Ja od trzech dni marzyłam o kupie swojego dziecka. No i wreszcie dzisiaj moje marzenie się spełniło. Spełniło się spektakularnie – od pleców po pachy, spodnie, bodziaka, skarpety, fotelik. A ja szczęśliwa, sprzątałam ten gnój z uśmiechem na twarzy. Mały brzuszek też chyba szczęśliwy, śpi sobie spokojnie.
Odkąd teoretycznie, praktycznie i symbolicznie wróciłam z macierzyńskiego nowy rytm dnia mi się ustalił. Od 4.00 do 20.00 Florka, od 20.00 do 00.00 praca, reszta to czas na sen. Bieganie przez to zarzuciłam, bo jakoś tak deczko zużyta się czuję i pełna obaw jestem, że gdzieś koło 5.30 nogi mi się poplączą i wyrżnę się jak długa na moim śmierdzącym spalinami kółeczku. Źle mi bez biegania, źle mi podczas biegania, fizycznie jakoś tak nie mogę powrócić do formy. Nie znalazłam jeszcze klucza do tego powrotu, ani nie mam czasu na kluczenie za rzeczonym kluczem. Tak czy siak stęskniłam się za liczbami, testami, wykresami. Obcowanie z nimi sprawia mi na razie ogromną frajdę, którą zarzucam jedynie dla partyjki szachów. Mój mózg rwie się do aktywności wszelakiej i dobrze mu to idzie. Z ciałem nie mogę się dogadać, czekam na dzień swoich imienin i dwutygodniowy nadmorski czas. Anuś, zamacham sobie do Ciebie i Madzi z przeciwległego brzegu i będę tak machać i słać myśli przez zatokę kilka razy dziennie. Nie mogę się doczekać.
No i kilka słów do spamerów, którzy mi żyć nie dają. Robią mi kupę roboty i czas mój cenny pożerają – WYPIERDALAĆ KURWA!