Brakuje mi przyrody, świeżego powietrza i sportu. Narzekałam na tą naszą nadmorską pogodę, a było to niesłuszne, bo i tak pozwalała nam codziennie zaliczyć około 15km spacerek. A teraz w tym betonowym mieście prowadzę osiadły tryb życia jak jakaś pąkla cholerna. No z niedoborów to byłoby na tyle.
Jeśli chodzi o nadmiary, to zaczynają mnie męczyć urocze sny, wieszczące jaką to ja złą matką będę. Śniło mi się, że po 4 dniach od powrotu ze szpitala uświadomiłam sobie, że jeszcze nie karmiłam dziecka, bo zwyczajnie o tym zapomniałam. Jak usiłowałam się za to zabrać, okazało się, że nie mam pokarmu. Do tego dołóżcie panikę, że opieka społeczna zabierze mi maleństwo. Przy tym inne nocne koszmary związane z zapomnieniem nadania imienia, to przysłowiowa kaszka z mleczkiem. Poza tym byłabym wdzięczna, gdyby mdłości mnie łaskawie opuściły. Jestem nimi taka zmęczona. Nawet radość z zakładania na tyłek spodni, w które od 3 lat się nie mieściłam nie jest mi w stanie tych mdłości wynagrodzić. Nie przywykłam do „polegującego” trybu życia i wiecznie skrzywionej miny. Ciągle czuję się, jakbym z moją chorobą lokomocyjną przejechała się do Olsztyna i z powrotem. W nadmiarze mam też nerwów związanych z 2 profesorami. Jeden mój, drugi nie mój. Miarka się przebrała, oczy szerzej otworzyły i obwieszczam – koniec, rozwód, rozłam, nigdy więcej. Mam ochotę śpiewać razem z Gawlińskim – to już koniec baby, skończyło się love story… Definitywne rozwiązania to moje ulubione, szkoda że tak późno. Zawsze jednak pozostaje żal, że za przyjaciela miało się kogoś, kto przyjacielem nie był.
Wracając do tematów macierzyńskich, tak sobie dzisiaj myślałam, jakim dobrodziejstwem jest duża dostępność USG. Nie mogę doczekać się wizyty u lekarza i momentu, kiedy zobaczę Malucha. Podczas pierwszej wizyty byłam taka spięta oczekiwaniem na odpowiedź – ciąża, czy nie ciąża, że widząc pęcherzyk ciążowy poczułam przede wszystkim ulgę. Prawdziwe emocje i radość pojawiły się dopiero, jak pokazywałam Marcinowi wydruk i pomiar Fasolki. I jeszcze jedno mi się w głowie zmieniło. Tak jakoś mam na luz wrzucone, mało co jest w stanie mnie tak zdenerwować, żebym ciągle się truła myśląc o problemach. Nawet skarbówka nie potrafiła mi tego zrobić. W głowie mam tylko jedno: zdrowie i rodzina, a reszta? A z resztą można sobie poradzić. Czy to zasługa ciąży, czy objawy smoczycozy? 😉