Dzisiejsze wczesne popołudnie wyssało ze mnie wszystkie siły. Nawet płakać mi się nie chciało, zmiękły mi kości, mięśnie straciły napięcie, dopadł głupawy chichot. Czułam się jak po wytrąbieniu butelki wina na koniec meczącego dnia. A wszystko zaczęło się tak…
Położyłam się z Florką na sesję karmienia i tulenia w ramach południowej drzemki. Szczęśliwa, że dziecię usnęło, postanowiłam tajniacko wstać i napić się kawy. Mąż w pracy, dziecko śpi, kot śpi, normalnie czułam się jak na samotnych wakacjach. Nastawiłam kawkę w ekspresie i tak sobie myślę, że zanim się ustrojstwo wyciurka ja machnę jakieś muffiny. Mąka, mleko, masło, jaja, cukier zawsze są w domu, wygrzebałam jeszcze gorzką czekoladę, żurawinę, migdały. Wymieszałam składniki suche, połączyłam mokre ciesząc się, że dam kolejny dowód mężowi na swą absolutną żoniną idealność. I już ekspres robi swe ostatnie pyr pyr pyr, a tu budzi się córka. Runęłam szybko na tapczan w nadziei, że jak ją dokarmię to jeszcze przyśnie (jednocześnie cierpiąc katusze na skutek nęcącej me nozdrza kawy). Córka oczywiście nie przysnęła. Wysadziłam ją na nocnik, a że piekarnik już się rozgrzał, dałam jej zabawki i pomknęłam połączyć muffinkowe suche z muffinkowym mokrym. Ledwo wlałam jedno do drugiego usłyszałam wytłumione pach – księżniczka spadła ze swojego tronu, bo sięgała jakąś zabawkę, a zawartość tronu wylała się na tapczan. Więc ja Florkę w pampersa i do łóżeczka, a sama stoję w rozkroku świadoma wsiąkającego moczu w tapczan i robiącej się kluchy w misce na skutek nie wymieszania ciasta. Priorytety ustaliłam – najpierw tapczan, potem ciasto.
Starając się rozbić grudy w cieście. nalałam sobie do kubka kawki i mleczka, kubek odstawiłam na stół. Florka zaczyna coraz głośniej dawać wyraz swemu znudzeniu i niezadowoleniu – ekhe, ekhe, ekhe. Ja zabawiam ją minami, gestykulacją i piosenkami jednocześnie stawiając na stole kokilki do muffinek. Biorę olej żeby je troszkę natłuścić, no i gdzie go najpierw leję? No oczywiście że do kubka z upragnioną kawą. Oczywiście w pierwszej chwili zebrało mi się na szloch, w drugiej na przeciągłe kurwaaaa, ale skoro jestem matką opanowałam się. Kawę wylałam, wzięłam pod pachę wściekłą córkę, do garści miskę z muffinkową breją i pomaszerowałam do śmietnika mijając łypiącą dziwnie sąsiadkę. Ledwo wyrżnęłam do pojemnika naczynie, napięcie opadło ufff.
Tak wiem, jestem wariatka i odkąd nie rzucam o ściany różnych rzeczy, wizyty w śmietniku celem gwałtownego pogrzebania różnych różności mnie uspakajają. Z czym to ja nie biegłam tam świńskim truchtem, biegłam i z naręczem ciuchów, kwiatem od teściowej, pudełkiem pełnym babeczek… Tak, to mnie relaksuje 🙂
A dlaczego zmieniłam sposób wyładowywania swej złości? Przyczyny są przyziemne – ciskając obrączką o ścianę (powiedzmy, że w celu sprawdzenia czy dobrze osadzono w niej diamenciki) zrobiłam w ścianie dziurę. A że jestem porządną dziewczyną, obiecałam sobie więcej cudzych ścian nie dziurawić 😉
P.S. Polecam obrączki z Apartu – kamyki szlachetne są w nich dobrze osadzane 🙂