Rodzić po ludzku – podejście drugie

No i nastał sobie wtorkowy poranek, kiedy to stało się oczywiste, że poród odbędzie się tej doby lub następnej. Zainstalowała się u nas moja moja mama, ja dzień spędziłam zupełnie normalnie, traktując pojawiające się skurcze jako przepowiadające. Przez charakter tych skurczów, a raczej dzięki niemu i dzięki mojemu oślemu uporowi, że nie będę wychodzić do szpitala w nocy i stresować Florki – dotrwałam do rana. Rano pojechaliśmy do szpitala (zawiadamiając sms-owo i lekarza i położną), bo stwierdziłam że pomimo pieszczotliwego charakteru skurczów pojawiających się co 3 minuty, lepiej jeśli mnie lekarz obejrzy i zdecyduje czy mam zostać, czy jeszcze odeśle do domu.

Na miejscu okazało się, że te moje skurcze, to są jak najbardziej TE skurcze i dojechałam sobie do nich z pełnym rozwarciem. Nasza położna schodziła z nocki, ale „przekazała” nas swojej koleżance. A najlepszy numer zrobił mój lekarz. Otóż zadzwonił spytać gdzie jesteśmy, bo nas na izbie nie może znaleźć. No i od słowa do słowa, okazało się, że ZAPOMNIAŁ MI POWIEDZIEĆ, ŻE OD STYCZNIA PRACUJE W INNYM SZPITALU I WŁAŚNIE TAM NA NAS CZEKA. Wolę już nie dodawać, że widzieliśmy się 22 stycznia i rozmawialiśmy o porodzie, o studentach i o tym że wstrzelę się  z porodem w kresie ich sesji bla bla bla. Jednym słowem myślałam, że mu ten kudłaty łeb urwę. A z tym cholernym pełnym rozwarciem nie miałam innego wyjścia jak z izby przyjęć wjechać prościutko na trakt porodowy. I nie żałuję. Trafiliśmy na wspaniałych ludzi (mojemu lekarzowi muszę oddać to, że czuwał zdalnie nad całością, wiem że miał gorąca linię z dyżurującym personelem). O 9:01 zainstalowałam się na sali porodowej, o 10:35 Jaśminka była na zewnątrz. Cały poród odbył się w intymnych warunkach, z pełna współpracą i zaufaniem pomiędzy nami a personelem. I uszanowali to, że nie chcę oksytocyny i była rozmowa i dotyk z ich strony. Pozwolili mi rodzić w moim naturalnym tempie, zapewniając obstawę medyczną i podpowiadając coś od czasu do czasu. W sumie byliśmy mniej więcej w tym samym wieku, co lekarz i położne prowadzące poród. Całość przypominała mniej więcej pogawędkę ze znajomymi, z krótkimi przerwami na moje wdechy-wydechy i parcie.

Nie sądziłam, że poród może być wspaniałym przeżyciem. Ja taki właśnie przeszłam. Krwi straciłam odrobinę, pękłam też odrobinę. Nikt mnie nie zszywał na okrętkę, tylko tym razem zadano sobie fatygę szycia śródskórnego. Nikt mi tez nie zabierał dziecka i nie przyniósł po godzinie umytego, głodnego i płaczącego. Bezpośrednio po porodzie położono mi Jaśminkę między piersiami, przykryto nas, przygaszono światełko i zostawiono na 2 godziny, żebyśmy cieszyli się sobą. Malutka przyssała się zaraz do piersi, a ja z Marcinem pogryzaliśmy wafelki, nie wierząc, że jesteśmy po wszystkim.

Dlaczego więc w Szpitalu im. Biziela można po ludzku, a 2 lata wcześniej w Miejskim nie było można? Myślę, że i wtedy było można, tylko nikomu się nie chciało.

A odstępując odrobinę od tematu, muszę się poskarżyć, że z ust mojego starszego dziecka słychać przede wszystkim słowo NIE, albo śpiewny lament – no nie, noo nieee, nooo nieeeee! Minę też obnosi wiecznie niezadowoloną. Poniżej macie dowód na to, że nie kłamię i cytat znaleziony w pewnym poradniku dla rodziców:

no nie

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.