Trudne szczęście

Trudne szczęście

Już chciałam napisać, że jestem sama w domu. Że to dopiero druga od porodu, cicha, słodka, skąpana w aromacie kawy godzina. Godzina którą mam tylko dla siebie.

Otóż ta druga obiecana godzina jeszcze nie upłynęła, a ja właśnie usłyszałam pip pip w domofonie, pip które zwiastuje nadejście dwóch rozdartych dziewcząt i jednego cichego mężczyzny.

Zdążyłam tylko włączyć płytkę z przepięknie zagranymi i wyśpiewanymi wierszami Leśmiana, nalać sobie kawy, odpowiedzieć na 2 komentarze Anki KD i już game over (zanim jedna zrobiłam to co opisałam, zmieliłam mięso na pasztet dla Florki i zarobiłam ciasto na drożdżowe bezglutenowe racuszki dla przed chwilą wymienionej).

Zaraz mogłoby paść pytanie – dlaczego dopiero drugi raz w przeciągu 2 miesięcy dostałam godzinkę tylko dla siebie? I tu wszystkich przekonanych o uciemiężeniu kobiet i innych wielbicieli gender muszę rozczarować. Ja po prostu nie pozwalam sobie takich godzin dawać. Zaczyna się ten sam cyrk, który odstawiałam przy Florce – robiąc cokolwiek dla siebie czuję się złą matką i złą żoną. Znów sama sobie nie daję oddychać.

Zmęczona jestem ciągłym noszeniem, ciągłym napięciem. Ostatnie nocki znów Jaśminka ma nienajlepsze (dzisiaj na przykład nie śpię od 01:50). Tak, tak, wiem że to szybko minie, że być może będę za tym tęsknić wypatrując powrotu córek z imprezy. Ale jestem tu i teraz i moje potrzeby nie są inne niż te z przedcórkowej ery. Brak mi stałego czasu na pracę, to mnie najbardziej męczy. Chciałabym wiedzieć na przykład, że po uśpieniu Florki i potem Jaśminki mam gwarantowany czas pomiędzy 21.00 a 00.00 na pracę, potem trzy godzinki na sen i jest super. A tu młodsza wisi przy piersi, wybudza się przy każdej próbie odłożenia, ja patrzę na zegarek a tu – 20.30, 21.00, 21.30. Głowa zaczyna mi lecieć i zastanawiam się, czy jest sens za cokolwiek się zabierać, bo być może nie będzie mi dane zmrużyć oka tej nocy. A rano około 6.00 usłyszę tupot małych stópek i wpadnie rozczochrana Florka z książką pod pachą i komendą na ustach – Mama citać!

Myślę tylko, że jeszcze jakieś 15 miesięcy i wszystko powinno być stabilniejsze, oby tylko córki zdrowe były. A oto i moje pannice:

trudne szczęście 1

trudne sczęście 2

A  mój mąż ma mnie za pracowitszą mróweczkę niż w rzeczywistości jestem. Jak wspominałam wyżej zarobiłam ciasto na bezglutenowe racuszki. Mąż ze spaceru wszedł do kuchni i pierwsze co zrobił, to wepchnął sobie do ust pełną łychę surowego ciasta. Gdy wszystko wypluł do zlewu, z zawiedzioną miną powiedział – ja myślałem że to coś słodkiego, coś czego po powrocie do domu mógłbym się znając Ciebie spodziewać… I tu muszę nadmienić, że to racuszkowe ciasto miało kolor i konsystencję łudząco podobną do śmietankowego kremu na bazie mascarpone. Wniosek prosty – nie wszystko w życiu jest tym, czym nam się wydaje 😉

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.