Wapno w syropie

Dziecko siedzi na nocniku, a nocnik stoi na kanapie. Obok dziecka leży kot. Ojciec dziecka zbliża się w kierunku kanapy z łyżeczką i butelką wapna w syropie. Matka dziecka zaszyła się w sypialni z książką.
Co wydarzyło się dalej?
Matka słyszy płacz dziecka i krzyk męża – Ala pomóż mi! No szybko, pomóż mi kurwa! (Mąż z tych nieprzeklinających, więc groza sytuacji dotarła do mnie momentalnie).
Wypadam z sypialni i co zastaję? Jaśminka wściekła pręży się na nocniku. Marcin w dość szerokim rozkroku usiłuje odciąć drogę ucieczki i kotu i dziecku. Kot zrywa się do galopu, a na tapczanie widzę leżąca butelkę po kupionym wczoraj wapnie i wielką mokrą plamę na tapicerce. Tego, że syrop zanim znalazł się na tapicerce, miał okazję przynajmniej w części spłynąć z kociej sierści nie zdążyłam zauważyć.
Spokojnie, wszyscy żyją. Kot umyty, na kanapie nadal widoczna jest plama, ale przynajmniej sucha i nie klejąca. Wapno w syropie odkupione, córki śpią, mąż pracuje, a ja się przy herbatce i blogu odprężam.
Mieliśmy trudne organizacyjnie dwa tygodnie, bo się potomkinie pochorowały. Zamiast zachorować na zakładkę, młodsza poczekała aż starsza wyzdrowieje i dopiero wtedy słabość okazała. Ciągnęło się to jak smród po kalesonach. Zapalenie krtani potrafi rodzica utrzymać w takim napięciu, że o śnie nawet się nie myśli. Jak dobrze mieć w domu zestaw: nebulizator + salbutamol + ratownik medyczny.
Z racji swej tłustości zostałam w piątek dwukrotnie posądzona o ciążę (i to w ciągu 10 minut!). Najpierw się oczywiście najeżyłam, a potem zaczęło kiełkować podejrzenie, że może coś w tym jest. Mama przypomniała mi powiedzonko mojego ojczyma – jeśli dwie osoby mówią ci, że jesteś pijany, to idź i się połóż. Zrobiłam więc test i zamiast wyczekiwanych dwóch kresek zobaczyłam jedną, buuu. Ani w jednej, ani w drugiej ciąży nikt mnie nigdzie nie przepuścił, nie wpuścił, miejsca nie ustąpił. Może teraz przy zwiększonych gabarytach sobie odbiję?
Rytmu pracowego nie udało mi się złapać, przypomina on raczej rozkojarzenie elekromechaniczne. Rytm zatokowy za to powrócił przy czytaniu książek. Czytam sobie teraz trzy: Pilch, Pilch + Pietrowiak, Rusinek. A moja mama połknęła całą Gaję Grzegorzewską, a wydzielałam jej kęsami.
Bywają miesiące, gdzie przekraczam budżet 300 zł na książki. A mówią, że czytelnictwo w Polsce upada.
Nie wszystkie z moich ostatnich zakupów okazało się trafionych. Kieruję się jedną zasadą – jeśli wiem, że nie sięgnę po książkę drugi raz lub nie jestem w stanie przez nią przebrnąć – oddaję.
Obie córki snują się po domu z książkami pod pachą. Jedna siada na jedno kolano, druga na drugie i walczą o pierwszeństwo wybranej przez siebie lektury. W czasie tych dwóch tygodni bez przedszkola Florka ani razu nie poprosiła o włączenie w dzień bajki. Tylko ciągłe – poczytaj mi, poczytaj, poczytaj. Mam nadzieję, że obu się to utrzyma.
Jaśminka zbzikowała na punkcie myszek. Każda myszka jest tulona, niańczona, całowana. Do każdej czule przemawia – mika, mika, moja mika.

Jak kiedyś zobaczyłam w sklepie rodzinę myszek Sylvanian Families, nie było mowy, żebym bez nich wyszła. Ciągle mam ochotę dokupować kolejne elementy kolekcji.
Relacje z Florką ewoluują w stronę takiej babskiej przyjaźni. Stara się tak kombinować, żeby mieć mamę tylko dla siebie. Rozbraja mnie kompletnie tym, w jaki sposób mnie naśladuje. Taka sielanka teraz między nami – tak mamusiu, dobrze mamusiu, pomogę ci mamusiu. Na szczęście są odstępstwa od tego cukierkowego klimatu i dla równowagi wczoraj była afera o to, że nie pasują jej skarpetki do piżamy.
Ameba