Wygląda na to, że wreszcie mam chwilę dla siebie. Miało iść sprawnie, bo post ułożyłam sobie w myślach. A teraz jak zasiadłam przed klawiaturą, sama nie wiem od czego zacząć.
Jest mi wreszcie łatwiej, bo nasze życie tu nabrało stałego rytmu. Ogarnęłam nowe warunki, okolicę. Mam swoje stałe punkty zaczepienia, które pomogły w łapaniu stabilizacji. Chociażby taka pozornie nieważna rzecz, jak sklep spożywczy tej sieci, w której się od lat w Bdg zaopatrywaliśmy. Wchodzę do Piotra i Pawła i mam swoje ulubione produkty, do których się przyzwyczaiłam. O dziwo w niższych cenach niż w Bydgoszczy (paliwo na Orlenie też tańsze!).
Las Kabacki spenetrowany wszerz i wzdłuż, wytyczone pętelki biegowe o różnych dystansach. To też pomogło 🙂
Myślałam tylko, że nareszcie normalne warunki mieszkaniowe spowodują, że szybciej odnajdę siebie samą, że nie tylko macierzyństwem będę żyła. A tu trudno, bardzo trudno, córka mnie wykańcza. Sądziłam, że będę miała więcej czasu dla siebie, że wypocznę, urodzą się nowe pomysły, skończę z zaległościami. Wygląda to tak – w nocy nie śpię, bo Florka przy piersi jak noworodek, w dzień nie śpię bo potwora ciągle na rękach. Jak raczy usiąść do jakiejś zabawy, to trzeba jej towarzyszyć (nie muszę tłumaczyć że na spacerze ktoś wózek pchać musi). Do tego typowe idiotyczne zajęcia domowe i około 20.00 czuję się jak rozgotowane ciasto na pierogi. Jestem zmęczona, rozżalona, nie mam na nic ochoty. Zazdroszczę Marcinowi odskoczni jaką daje praca. Stęskniłam się za obowiązkami innymi niż domowe, stęskniłam się za ludźmi, stęskniłam się jak pies za sobą samą.
Każdy nasz tydzień wygląda podobnie pn-czw lub pn-pt dyżury (M wychodzi córka śpi, wraca córka śpi). Ja w poniedziałek jestem twarda, we wtorek daję radę, w środę i ewentualny czwartek wyję, w ostatni dyżurowy dzień w tygodniu odliczam godziny do powrotu M. Każdy dzień wolny od dyżurów jest podporządkowany wypuszczeniu mnie do lasu na wybieganie. Potem szybko robię to, czego z Florką na rękach nie zrobię i nie zdążam nawet zastanowić się nad swoją firmą, nad powrotem do życia zawodowego pod jakąkolwiek postacią, bo znów jest poniedziałek.
Właśnie podliczyłam sobie, że córka ma ponad 9 miesięcy, a ja wyszłam bez niej tylko 3 razy, w tym dwa do dentysty. A jeden raz chwyciłam pieniądze, minęłam w drzwiach wracającego przedwcześnie ze spaceru z córką M i miałam zamiar oddać się kompulsywnym zakupom. Skończyło się na tym, że przytargałam ciuszki dla Florki, a sobie kupiłam latte na wynos.
Życie tak szybko ucieka, a ja czuję się, jakby toczyło się za pancerną szybą, a ja jestem przezroczysta, niewidzialna, nic społecznie nieznacząca.
Muszę coś poprzestawiać w życiu, bo jestem na granicy szaleństwa. Może pierwszym krokiem powinno być przestawienie córki na butlę (nawet od tego postu musiałam się oderwać na dokarmienie panienki).
Po mojej aktywności blogowej można byłoby sądzić, że utonęłam w macierzyństwie i o całym świecie zapomniałam. A mi jest ciężko, momentami nawet bardzo.
Trudno tak razem być nam ze sobą, bez siebie nie jest lżej: