No to dojechały zamówione kosmetyki, na dodatek siła złego na jednego (w 35 metrowej kawalerce!) – zgrały się w czasie dostawy z 3 firm. No i siedzę sobie teraz w butlach, buteleczkach słojach, pudełkach, dzbankach, saszetkach, kot usiłuje ścigać po domu kule do kąpieli i fioła dostaję. Od 3 dni bladym świtem (a tak naprawdę ciemnym) zasiadam do komputera i wstawiam toto do sklepu. Bardzo bym sobie życzyła, żeby choć trochę mi z domu szanownego towaru ubyło. Zostałam eksmitowana z niektórych półek w szafie 🙁 Zaczynam z pamięci pisać o właściwościach koziego mleka, czy innych olejków różanych/pomarańczowych/werbeny/lawendy/czarnych oliwek/paczuli… W uszach wciąż brzmią kompozycje zapachowe w stylu pomarańcza z cynamonem/limonka z bazylią/gorzka czekolada z pomarańczą, ja już nawet zamiast helikopter myślę – heliotrop, zamiast wstrętna pizda – wstrętna pigwa. Otwieram szafę odzieżową – wypadają na mnie galaretki pod prysznic i musy do ciała, w skrzyni na pościel – mydła naturalne, sole, mleka, zestawy kąpielowe. Jak szybko nie skończę wstawiać tego do sklepu i będę zmuszona przesiedzieć na krześle kolejne dni, źle się to dla mnie skończy. Jeszcze chwila i jeśli ktoś wskazując na mnie palcem zapyta – a co to?, mój mąż będzie zmuszony odpowiedzieć – to tylko moja żona rozlała się na krześle. I niech to zimne paskudztwo się skończy, bo ja naprawdę zaczynam się ze spodni wylewać.